niedziela, 5 lipca 2015

Samotna wyprawa na bandycką górę.

      Sprawa na początku była niejasna, połowa bandytki tonęła w gęstych, złowieszczo wyglądających chmurach, dzień wcześniej dość długo padało, szlak mógł spływać wodą i prawdopodobnie w normalnych okolicznościach odpuściłabym tej wędrówki, ale to nie były normalne okoliczności. Miałam iść tam sama w celu przełamania własnego oporu i zmierzenia się z granicami wytrzymałości mojego ciała.
      Jest wiadomym z ostatnich moich relacji górskich, że te nie służą mi, bo ciśnienie, bo głowa boli itd. Ale dać się musi wykonać. Wszak zawsze docieram do wytyczonego celu.
      Decyzja ostatecznie zapadła właśnie dzięki tym chmurom, które nieustępliwie chroniły kręte drogi przed nadmiarem promieni słonecznych. Druga rzecz to temperatura - nie zapowiadał się wcale upalny dzień. Byłam gotowa zaryzykować ten deszcz.
      Był to rześki poranek, pełen dobrych emocji, szczerych chęci i nadziei na powodzenie.
      Sprawa zapowiadała się dokładnie tak:




      Nie oczekiwałam, że będzie łatwo, lecz wiedziałam, że to nie będzie alpinistyka, to tylko szlak czerwony. Tym kolorem oznaczony jest szlak główny. Prowadzi on przez najbardziej widowiskowe i jednocześnie najciekawsze krajobrazowo i przyrodniczo miejsca danego regionu (zwykle też przez najwyższe szczyty danego pasma górskiego).
      Jak podają serwisy turystyczne (oraz TOPRu czy PTTK) podstawowym błędem jest sądzenie, iż kolory szlaków oznaczają ich stopnie trudności. Taka klasyfikacja rzeczywiście jest stosowana, ale w przypadku szlaków narciarskich. W przypadku szlaków pieszych, kolory oznaczeń są związane raczej z długością i „ważnością” szlaku. Dla zainteresowanych, podaję klasyfikację ze strony traseo.pl:
- kolor czarny: krótki szlak dojściowy, na jego trasie raczej nie powinniśmy liczyć na atrakcyjne miejsca,
- kolor żółty: szlak łącznikowy, niekiedy także dojściowy,
- kolor zielony: szlak doprowadzający do charakterystycznych miejsc,
- kolor niebieski: szlak dalekobieżny,
- kolor czerwony: szlak główny, w górach zazwyczaj prowadzi przez najwyższe punkty pasma.

      W Szwajcarii trwają prace nad ujednoliceniem systemu szlaków. Zwykłe szlaki piesze oznacza się żółtym rombem, szlaki górskie podobnie jak polskie szlaki czerwone (biało-czerwono-biały), szlaki alpejskie na biało-niebiesko-biało a szlaki zimowe różowymi tabliczkami.
      Za określenie poziomu trudności, odpowiadają dodatkowe oznaczenia, np. tablice z czasami przejścia,  tablice z opisem szlaku, itp. Oraz informacje o sztucznych ułatwieniach, głównie na obszarach wysokogórskich, czyli: drabinki, klamry, schody, poręcze, czy też łańcuchy.
      Zatem w drogę.

Kierunek Staubern. Nad szlakiem jeździła kolejka linowa.
Czas START!!
      Zdjęcie nie oddaje tego jaki przechył miała droga. Cała jej długość aż po sam szczyt, a już szczególnie ostatni odcinek był najbardziej powalający. Dużo zatrzymywałam się choćby na parę chwil, nie chciałam znowu sterroryzować ciała, podchodziłam do tej wyprawy nader delikatnie i spokojnie.
      Na całe moje zimnolubne szczęście, większość szlaków to las. A gdy on się skończył, już była chmura.

Selfik na drzewie...

      Z dołu można na tej górze dostrzec wąską, błyszczącą kreskę, ale zoom aparatu nie przybliżał mi jej dostatecznie. Jest to strumień małego wodospadu, który nie zawsze wypełnia swoje koryto, ale... Miałam okazję go podeptać. Satysfakcjonujące!!! XD








     Miałam w pewnym momencie pewien duży problem... właściwie kilka dużych problemów... Szlak  bowiem, prowadził przez krowy.
      Były wszędzie, otoczyły mnie, przywarły... inne obserwowały mnie z górnych partii. Jedna postanowiła wyciućkać mi sznurówki... Musiałam uciekać! O_O


Są przesympatyczne! Byki też.

      Zaś wyżej, oczom moim ukazał się bezkres, ale taki nietypowy bezkres. To była bezdeń. Istota bezcielesna, nie rzucająca cienia. Dosłownie istotność o obliczu natury jakiej nie znamy. Genius loci*...





      Chmura cały czas przesuwała się. Jak jakiś organiczny byt, w pewnym momencie objęła mnie i pozbawiła kompletnie orientacji. Nie miałam pojęcia ile jeszcze zostało do szczytu, który po wyjściu z lasu, jeszcze przez jakiś czas wcześniej widziałam.


Tam w oddali leżał jeszcze śnieg.









      To tyle jeśli chodzi o majestat jej wysokości, wspinając się tutaj, nie robiłam zbyt wielu zdjęć, skupiłam się raczej na drodze. Zejście z wiadomych powodów jest łatwiejsze, jeżeli ma się zdrowe kolana. Moje są po miesięcznej kuracji kolagenowej i cudownie ozdrowiały, więc bez bólu mogłam oddać się swobodnej przebieżce w dół, która była krótsza o połowę czasu wchodzenia. Nie zatrzymywałam się aż tyle, a zdjęcia z drogi robiłam automatycznie, aparat wisiał już na mojej szyi.
      Ze względu na wcześniejsze deszcze, szlak był bardzo błotnisty, miejscami grząski, bez dobrych butów nie byłoby szans.



      Przyznam, że lubię ubrudzić się na takich wyprawach. Dajmy na to, są dwie drogi, jedna prowadzi czyściutkim asfaltem, a druga jest grząska i kamienista, taka jak ta powyżej. Ja bym wybrała tą drugą. Chociażby dlatego, że nie lubię asfaltu. Tak po prostu - nie lubię i już.
      Jak grywałam w wyścigi samochodowe, najbardziej lubiłam trasy błotniste, szutrowe i śnieżne. Asfaltowe nie rajcowały mnie. Samochód miał dojechać do mety obłocony i zakurzony! Wtedy nabierał w moich oczach urody...
      Z resztą powszechną sprawą już od dawna jest, że marzy mi się jeep i że nie myłabym go. Swoich traperów też nigdy nie myję.
      A takie to bywały sytuacje:



      Znów się powtórzę - lubię kamienie. Skały, wszelkiego rodzaju, mineralne i zwykłe. Górskie i rzeczne, nawet te jadące nieco szlamem z jezior. Tu odkryłam ich nowy urok, mianowicie - wielkie skały zroszone potokiem.
      Jakbym mogła, wybudowałabym sobie drewniany dom z podłogami ze skał. Widziałam już takie. Ściany i strop z bali drewna, a podłogi i progi (niektóre ściany mogłyby do połowy być również ułożone z kamieni) skalne, gładkie i niezniszczalne, zimne. Na modłę średniowieczną. Albo z dużych bloków kamiennych jak świątynie egipskie, to również interesująca fantazja.







      Już z daleka o zacnej porze jesiennej, było widać, że ta góra jest kolorowa. Skały tutaj potrafią przybierać barwy od pomarańczowej po niebieskie, a w szczelinach ukrywają się ciekawe gatunki małych zwierząt. Stonogi (przynajmniej podobne...), ślimaki o stożkowatych muszlach lub płaskich. Żółte pająki i wszędobylski mech oraz malutkie paprotki wyrastające z różnych miejsc.
      Piaskowce. Kruszące się płyty kamieni, idealnie wpasowanych w ścianę górującą wysoko nade mną. To budzi respekt, one stale się urywają, erozja nadal trwa.






      Dałam radę. Muszą być spełnione odpowiednie warunki i wtedy siła jest i chęci są, a wtedy można wdeptywać góry w ziemię.





      Bym o kwiatuszkach zapomniała... Ale tym razem nie pokażę jak górska natura uwalnia latem wodze fantazji - nie robiłam tym razem wiele w makro. Zdradzę, że 2 tyg. później poszłam raz jeszcze na jej bandycką wysokość, i wtedy nie odpuściłam sobie tej zabawy.



      To była bardzo ważna dla mnie wyprawa, można rzec fundamentalna. Tak wiele ona dla mnie znaczyła, aby przełamać się, aby pokonać samą siebie i wewnętrzny upór połączony z gniewem. Słabość ciała, które tak naprawdę przecież wytrzymuje znacznie więcej, tutaj boryka się z czymś, czego dotychczas nie doświadczało.
      Zawsze wiedziałam, że jestem wrażliwa na wysokie temperatury jak i towarzyszące im ciśnienie, które robi z mojego mózgu kisiel. Na wszystko można znaleźć jakiś sposób. W pojedynkę chyba najskuteczniej. Skupiłam całą energię na odczuwaniu. W końcu kontrolowałam nawet ten szum w uszach...
      Uspokojenie plus wsłuchanie się w siebie, dają rezultat porozumienia "Ja" z energią ciała. Tak jest ze wszystkim, bo wszystko to ma. Skała, roślina, zwierzę... Trzeba to usłyszeć, a potem zrozumieć. Bo jeżeli coś, cokolwiek zagłusza je, nici z porozumienia.
      Mój własny gniew to czynił. Taki katar duszy, który uznaję obecnie za uleczony.
      Pora przyszła najwyższa na to, aby obudzić w sobie tego śpiącego wilka wędrownika. To miejsce było w tym celu doskonałe.

      Jeszcze kilka zdjęć i fotoreportaż zakończony. Ale już czekają następne, bo moja wędrówka nie ma końca.
      Posłuchajcie jeszcze tylko tych dwóch filmików na samym dole, (obraz kiepski, sorry).










video

video

________________
SŁOWNICZEK:
genius loci - z łaciny: duch będący opiekunem danego miejsca.

9 komentarzy:

  1. Nienawidzę takiej pogody. Jak można żyć w ponad 30 stopniach? Moze faktycznie ona wzbudza w ludziach agresję.

    Trzymaj się dzielnie w tych swoich górach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We mnie wzbiera wtedy agresja i niechęć do wszystkiego. Też nie rozumiem, a znam takich ludzi. Weźmy na przykład całą rzeszę plażowiczów, mimo że to anomalia jak na Europę, oni twardo będą spędzać dzień na pełnym słońcu. Ja naprawdę podziwiam za wytrzymałość i hart ducha względem spalania swojej skóry na kolor strupa.
      Dlatego jedynym lekarstwem jest siedzenie wtedy w wysokich górach. Tam leży śnieg.

      Usuń
    2. Albo w domu i czytanie Wyższego świata Hermana Hesse, tudzież w pracy, gdzie rządzi klima.

      Usuń
    3. W domu ciężko uczynić temperaturę znośną. Siedzisz i nic nie robisz, a i tak pot z Ciebie ścieka. Dwa wentylatory już chodzą.

      Usuń
  2. Ciekawa taka wyprawa. :) fajnie jest tak stawiać sobie cele, które udaje nam się pokonać.
    Super zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsza jest droga. Cel jest nagrodą.
      Dziękuję :)

      Usuń
  3. Gratuluję pokonania własnych słabości!!!!
    Kiedyś i ja wlezę na tą Twoją bandycką górę :D!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Góra zaprasza, jej szlaki są gościnne, na szczycie jest restauracja a nawet mini hotelik. A jak ktoś będzie miał taką fantazje, w dół może zjechać kolejką linową :)

      Usuń
  4. Nie podróżuję zbyt dużo, ale pewnie gdybym nie poznała właśnie Twoich rad odnośnie oznaczeń szlaków uciekałabym przed czerwonym w popłochu sądząc że jest najtrudniejszy :D A tu taka niespodzianka :D

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.