czwartek, 21 maja 2015

Via Spluga cz. 3 - Z siłą wodospadu.

      Szlak ten, na łamach mojego bloga został przedstawiony nawet historycznie, staram się pisać dosyć szczegółowo, by przybliżyć nie tylko sam pejzaż ze strony graficznej, ale przede wszystkim jest to wskazówka lub pomysł dla takich samych wędrowców jak ja. Częściowo wiedzę zasięgam u innych podróżników, nie o wszystkim można przeczytać na polskich portalach, czasami niemiecki jest dla mnie niejasny, a pragnę opowiadać w przejrzysty dla Was sposób. Translator to nie jest dobry pomysł, bo potem trzeba tłumaczyć tłumaczenie... -_-'



      Choć nie lubię się rozdrabniać, ta włóczęga zdecydowanie tego wymaga. Ciekawe czy ktoś kiedyś rozpozna mój wpis w księdze przechodzących przez most. Rozprzestrzeniam swoje pismo ;)


      Ostatnio miałam okazję obejrzeć w pracy, w czasie oczekiwania na kolejne bojowe zadanie, program, w którym wystąpił człowiek przepięknie wypowiadający się o pisaniu swojego bloga. Wywiadu udzielały jeszcze dwie inne osoby, mało mnie interesujące ze względu na tematykę swoich stron. Pan miał chyba... pamięć może mnie bardzo mylić, ale ok 70 lat. Siwy, bardzo elegancki, rzekłabym w stylu wysublimowanym. Mądrze wypowiedział się na temat celu, dla którego prowadzi bloga, mogłabym jego wypowiedź podpiąć pod swoje wywody na temat moich małych i dużych hobby. Zapytany o to, czy jego blog jest sponsorowany, odrzekł, że miał oferty od kilku firm ale nie w tym celu to robi, więc odmawiał.
      Piszemy, bo lubimy. Bo to jest nasza mini odskocznia. Bo mamy talent do dzielenia się i umiejętności do opowiadania, więc to robimy, to nas stymuluje. Prawda, blogerzy? A że niektórzy na tym zarabiają, to fakt, blogi tematyczne okazują się być bardziej opłacalnymi, a ja lubię prowadzić pamiętnik i opowiadać o swoich wędrówkach, mam się czym dzielić, zawsze mam coś do powiedzenia. Choć nie przeczę, zarabiać na zajęciu, które się lubi, to byłaby pozytywna sposobność, ale wróćmy na ziemię, moje zapatrywania względem bloga nie zmieniają się tak czy owak.


      Dziwny czas, o którym pisałam niedawno, zdaje się minął bezpowrotnie. Choć dni smakują niekiedy gorzko, zaspane oczy szczypią gdy system otumania, myśli moje wciąż są klarowne. Za kilka miesięcy odmieni się całe moje życie i to za sprawą jednego człowieka. Pierwszego człowieka, którego odbieram inaczej niż innych. Człowieka, którego wciąż mi nie dość i trudno mi już wyobrazić sobie życie bez niego.
      Źródłem i zarazem odkryciem współczesnej siebie są mechanizmy odtajniające moje myśli i emocje. Nie skrywam ich tak skrzętnie jak zwykłam dawnej. Choć nie zawsze egzystuję w zgodzie z potocznymi opiniami, choć niektórzy wskazują uparcie na różnice pomiędzy nami - mimo iż nie przeczę ich istnieniu, odpowiadać będę prosto - gdybyśmy byli tacy sami, konsekwencje tego, mogłyby być eksplozywnie choleryczne i niepowściągliwe.
      Najważniejszą rzeczą jest rozmowa. Bo jeżeli ludzie ze sobą nie rozmawiają, to zaczynają żyć obok siebie. I tu wiem, że Ameryki nie odkryłam i bezsprzecznie pieprznęłam truizm, ale nie jest to przecież pustosłowie.


      Byłam zatwardziałą singielką ślepo wierzącą w swoje ideały, wojowniczą i zadziorną. A czy to znaczy, że spasowałam? Skądże znowu, stopuję często z uwagi na trudny kontekst mojego obecnego występowania. Zaś te gorsze cechy :P aktywują się, kiedy ktoś atakuje moją zmęczoną osobę. Tak, zdecydowanie łatwiej jest mnie wyprowadzić z równowagi, kiedy się nie wyśpię, za to gdy porządnie wypocznę, jest to niemożliwe.


      To był dziwny czas i wciąż pytam wyraźnie i głośno "kto ja?". Chcę znów żłobić skały z siłą wodospadu i chcę odnajdywać w sobie na zawołanie spokój jeziora. "To ja".


      Ludzie się boją, rozumiem ten strach. Sama - wielokrotnie kaleczona - miałam duży kłopot z zaufaniem. Z wypowiedzeniem chociażby jednego osobistego wyznania, choćby i o najpospolitszej, niewyszukanej kwintesencji, ale tak, rany zabliźniły się brzydko, wciąż je widać na sercu. Czas ran nie leczy. To szczere treści tej jedynej duszy tak pieszczotliwie neutralizują ślady. Wyciszają pamięć. Amortyzują negatywne emocje.
      Wiedziałam, że ludzie o miękkim sercu, muszą mieć żelazny zadek. Owszem, mój ironbums jest niesamowity bardziej niż Hulk, on tyle załamań nie przeżył, no i ja nie boję się burzy. Choć nie jestem zielona, doświadczyłam aż nad to, by zawołać - życie, jestem gotowa! Uczę się go dalej, ale razem jest o niebo lepiej, blizny znikają.




      Później wędrówka zamieniła się gehennę i przedpiekle. Jednak w cieniu tego lasu zdecydowanie poprawiło mi się na psychice, niemniej, gdy znów droga poprowadziła pod górę, wyznałam wszem i wobec sugestywnie, że jednak z jakiegoś powodu ja nigdy w góry nie jeździłam. A że mam wpojone od maleńkości, że od kłopotów nie ucieka się - kłopoty się rozrywa, uparcie pełzłam dalej...
      Ostatnie tygodnie uświadomiły mnie, że ja wcale nie zgubiłam swojego charakteru. To był wynik przewlekłego zapalenia oskrzeli, które unieszczęśliwiało mnie, a nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, jeszcze będąc przed diagnozą. Endorfiny pływające wewnątrz mojego ciała są na to niezaprzeczalnym dowodem. Ostry trening do samego końca uświadomił mnie, że już nie mam niewydolności oddechowej, znów mogę szaleć, znów mogę dbać o siebie. Już nic nie boli w klatce piersiowej, nic nie kłuje gdy chodzę po górach - Via Spluga była kluczową wyprawą. Ma mi się na zdrowie, i wiem już teraz, że jak się uprę to mogę, nawet jeśli nie lubię. Bo ta woda tam w dole tak nęcąco błyszczała, że musiałam... no musiałam iść dalej! O_o
      I co ja poradzę, że jak coś mi się podoba, to ja od razu do tego biegnę z kretyńsko rozweselonym ryjem?

To się nie wydaje, to autentyczna ścieżka i łańcuch. Ryj nadal się cieszył.


Stroma ścieżka szerokości półtorej stopy. Tutaj zapomnieli o łańcuchu. Lubię wyzwania, ryj wyglądał imbecylnie.
Porażająca mimika twarzy... bo wcześniej było pod górę. Ale przynajmniej matołowatość zeszła mi z twarzy.



      Zaczynało robić się coraz bardziej dziko. Dla takiej atmosfery warto było pomęczyć się, pooddychać lasem, wilgotną ziemią, poczuć przede wszystkim jej pierwotność. Jej nieokrzesanie, do którego lepiej podchodzić nieco nieufnie. Ale choć w dużej mierze dla człowieka nieprzystępna i nawet mruczy czasami gniewnie (na szczęście nie w tym regionie) nie można być całkiem przez to bojaźliwym. Wędrówki przez tereny niczyje, należą do odważnych. Chociaż ten szlak nie jest żadnym alpinistycznym wyczynem, to każde podejście wyżej mówiło mi - opamiętaj się, nie klnij ziemi, ona choć niesamowita, potrafi być okrutna. Gwałtowne żywioły już niejednego porwały w swe namiętne objęcia.









      Zbliżaliśmy się w bardzo efektowne miejsce, do którego dostęp był bardzo ograniczony. Na początku widać było niewiele, ale zaręczam, warto było przecierpieć dalszą drogę, która wiła się w górę i w dół, aż w końcu prosto do meandrującej, lazurowej żyły. Ciąg dalszy nastąpi.




2 komentarze:

  1. To jak to tak? To, to możliwe? I bzdurna miłość wcale nie jest przereklamowana? Niedawno, całkiem niedawno byłam gotowa odważyć się, ale wobec mojej odwagi samiec wytruchlał i zniknął, przepadł...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano tak to, też jakiś czas temu w nic podobnego nie wierzyłam. A tu nie dość, że sam nie przepadł, to jeszcze mnie przywłaszczył sobie :P
      A w Polandii to były dwa ekspresowe dni na załatwianie spraw, łącznie z dentystą. Pobyt dosłownie w interesach.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.