wtorek, 21 kwietnia 2015

Predator - atak! Oraz inne akty terroru.

      Malownicze cirrusy ozdobiły niebo. Po nocnym ataku terrorystycznym chrząszczy majowych, (jeden znokautowany, jeden się poddał, reszta udawała "Ptaki" Hitchcocka), czas poważnie zastanowić się nad tym, jak opanować świat, by od nowa go ułożyć.
      Wszak to irracjonalne, by człowiek bał się istoty mniejszej niż on sam. Swój strach przed osami definiuję uczuleniem, skoro życie to świętość, ocalmy swe dusze i wymordujmy morderców. A chrząszcze sama słodycz, najwyraźniej kolega z klasy, przypomniał sobie o tym, gdy po nokaucie ujęłam sprawcę, a Miguel zaproponował go schrupać. Może złożenie go w ofierze byłoby lepszym rozwiązaniem, w ramach wybicia os i tych drugich na sterydach, na wszelkie możliwe rytualne sposoby nadprzyrodzone.





      Zamieszkując budynek niedaleko gór Kaer Morhen, powinnam znaleźć natchnienie na bardziej manualnymi sposoby, jednak raczej bieganie tutaj z dzidą na plecach (lub czymkolwiek innym) nie jest dozwolone... Miecz czy maczeta, łuk, czy kusza, wszystko jedno, tylko zastanowiło mnie właśnie, jak trafić w osę, klingą albo wystrzelonym grotem...
      Wrócę jednak do obmyślania technik rytualnych.

      Za dużo ostatnio marudzę, czuję się nieswojo z samą sobą. Moje neurozy składają się już z całkiem pokaźnej grupy zaburzeń systemowych o bardzo rozmaitej symptomatyce. Ogólna nadczułość to błędne koło na dodatnim sprzężeniu zwrotnym pomiędzy objawami.
      Przyjmuje się, że leczenie takiego czegoś wymaga terapii poznawczo-behawioralnej, mającej na celu zmianę interpretacji bodźców nerwicotwórczych, co pozwala przerwać mechanizm błędnego koła, oraz uporać się z konfliktem intrapersonalnym, czyli z wewnętrznym stanem sprzeczności pragnień. Tzw. Konflikt wewnętrzny.
      Czyli - albo znajdę jakieś rozwiązanie i się uspokoję, albo wpadnę w behawioralne bagno swoich wartości, które mnie sponiewiera i zamiast wilczycy będą luźne kluchy.

Tak mnie widział! Wiecie kto.
      Wracając o 22 wałem nadrzecznym do domu, przypomniałam sobie o ciemności absolutnej, kiedy światełka lampek rowerowych są pożerane przez mrok. Nie było niczego. Tu swe rządy sprawuje Kononowicz - nie ma i nie będzie niczego. Nigdy.
      I nagle coś śmignęło przede mną, jakiś kształt wylazł z rzeki i przefrunął bezszelestnie na drugą stronę asfaltowej drogi, którą jechałam na rowerze, po czym przystaną. Zwolniłam do zawrotnej prędkości ćwierć metra/h. Obiekt stał jakieś 50cm ode mnie i już myślałam, że za chwilę splunie na mnie kwasem, który wyżre mi twarz, po czym poobrywa z kończyn i wyżuje mi głowę. Już widziałam te nagłówki w gazetach wszystkich krajów świata i moje wyciućkane zdjęcie, lecz jednak nie tym razem. To była... sarenka! Dorodna, dorosła sarenka!
      Czy już pisałam, że tutejsze zwierzęta mają sobie za nic obecność człowieka? Wcześniej o mało nie wybiłam sobie zębów wywijając kozła nad jeżem, a pół roku temu swą łaskę okazał mi lis leniwie podnoszący się z drogi, bo to przecież jego nowe legowisko miało być, a jakiś głupi człowiek jeździ po tym na kołach. Bo normalnie to jest śmiesznie powolny i szpanuje swoją kreatywnością jakimiś urządzeniami do dosiadania i potem tak zabawnie kręci nogami...
      Ale ja się nie dam nabrać na sarenkę, ja wiem, że on tam jest i mnie obserwuje!

1 komentarz:

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.