piątek, 17 kwietnia 2015

Naszły dni dżdżyste, pejzaże diabelskie i czas. Czas robienia czegoś DLA SIEBIE.

      Nie nad każdym dniem wiszą ciężkie czarne chmury, ale każdy człowiek ma czasem taki dzień. Czasem kilka takich dni. Krytyczne sumy gorzkich pigułek rzeczywistości, potrafią pomnażać swoje efekty i wzbierać na sile w obliczu zwykłego zmęczenia. Jednak przyznacie sami, że deszczowa pogoda coś w sobie ma. Nawet te diabelskie góry mi się wtedy podobają. Możliwe, że właśnie dlatego, że wtedy naprawdę wyglądają diabelsko. Lubię chmury.



      Rozmawiając z innymi na pewien temat, okazuje się, że określają swoje umiejętności (będące na podobnym poziomie, bądź pamiętając, jakie kiedyś były) na niezadowalające. Skąd to się bierze? Ano z praktyki, nad którą wisi chmura gradowa.
      Chwila na zadumę przychodzi, kiedy dłuższy okres czasu poświęcamy wyłącznie obowiązkom. Są to konieczności, które szachują często ludzi i wymazują sporo godzin z życiorysu jak i niestety optymizmu. To są takie bezludne wyspy, z których bardzo ciężko się wydostać, nie ma ich na mapie i są niedostępne dla nikogo innego, więc nikt nam nie wyruszy na pomoc z odsieczą. To są nasze prywatne, misternie zawiązane węzły gordyjskie.

      W szkole spotkał mnie bardzo miły gest ze strony kolegi. Kiedy się poznaliśmy na początku szkoły, odkąd zaczęłam używać ołówka, notorycznie pożyczałam od niego gumkę, aż pewnego dnia kupił mi imienną. Drobna rzecz, ale wprawiła mnie w niemałą uciechę. Oczywiście na sali zrobiłam z tego sytuację publiczną, bo jak coś się dzieje, to z moim udziałem zawsze "szerzej".


      Sen upominał się o swoje bardzo dotkliwie, ale nie miał najmniejszych szans na zapanowanie nade mną. A starał się przebiegle... Przede mną perspektywa nadrobienia dosłownie każdej straconej minuty. Starczy czasu aby wykorzystać dni, rozjaśnić swoje małe niebo, a nawet przeciąć być może w/w węzeł. Najważniejsze - wreszcie wyspałam się zdrowo należycie.

      Niesiona nową chwilą, twórczą i zajadle dopraszającą się uwagi, powstała efektem przeczytania w dwa dni pewnej książki praca, podzielona na elementy. Nie chcę zapisywać wszystkiego na raz, tekstu w sumie jest bardzo dużo, to taki mały esej z psychologii, dziedziny, którą chętnie pochłaniam w każdych ilościach, w dowolnych warunkach, nie ma dla mnie wymówek, po prostu to lubię.
      Niektórzy twierdzą, że powinnam to studiować. Od nauczycieli w liceum słyszałam zaś, że powinnam studiować dyplomację, która też jest bardzo ciekawa, choć w szkole za dużo w tym polityki.

      Nastały dni dżdżyste po upalnych i mega słonecznych. Tak, dobrze widzicie, były - skwar, gorąco, żar, spiekota, ogień, kanikuła, tropiki, parówka, war, migrena, odwodnienie, słabo, zawroty. Spiekłam sobie plecy i ramiona. Jeździłam rowerem w bezrękawniku, krótkich legginsach i sandałkach - to już coś. I sezon grillowy też już wszak otwarty.

Takie tam sobie zwyczajne osiedle w zachmurzoną pogodę.
      Dzisiejszy dzień przyniósł mi swoiste ukojenie i odpoczynek, także psychiczny. Małe sprawunki, pierwszy raz tak dla siebie. To już stało się obligatoryjne w najbliższych agendach zakupowych, zwłaszcza z uwagi na rozwalony plecak, żeby nie jeździć już z otwartym. Nabyłam sobie drogą okazyjnego kupna, w jedynych słusznych kolorach, zestaw sportowy. Projektuję nowy. Poprzednim razem miałam wszystko czerwono-czarne. Taki drobiazg.


      Adoptowałam roślinkę.


      Tak, tak, wiem, w tej chwili nie przypomina ona życia. Ale to żyje, moje metody reanimacyjne są skuteczne, oparte na wielkiej nadziei, wierze i przeświadczeniu, że kwiaty przy drugiej szansie rosną lepiej. Oczywiście często okazywało się to bujdą na resorach, ale uwierzcie mi, w tej doniczce jest już życie!



      Ponadto chciałam Wam zaprezentować nowy, jeszcze ciepły clip. Jak zobaczyłam wiewióra i sysunię - padłam XD I jedyna okazja, by zobaczyć jak Mirek udaje, że umie grać na akordeonie.
      Fajnie to zmajstrowali. Tęsknię za chłopakami, za wspólnymi podróżami i jak się ogląda teraz ich postępy tylko przez internet, to tak dziwnie jakoś się robi... Ale serce się raduje, że idzie im pomyślnie.
      Nadal jednak, wolę ten utwór w oryginale i w ich języku. Głos Rudej jakoś mi tu nie przypasował. Może dlatego, że to mój ulubiony kawałek.


4 komentarze:

  1. Wiem o czym piszesz. Ja chodzę taka zmasakrowana już od dłuższego czasu. Nie pamiętam nawet, że niedawno urlop przecież miałam...Ciągle dużo się dzieje. Ciągle doba ma za mało godzin, a i humor nie taki. Odpoczywaj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstawało się o 3:45 do pracy, wracało się po 22 ze szkoły i tak co dnia. Nie chodzi o to, że zajęcia są trudne. Chodzi o to, że ciało nie wytrzymuje takiego systemu. Ale teraz już dobrze. Ciężko, a nawet prawie niemożliwe jest wtedy znaleźć chwilę dla siebie. Dziś ją miałam. Ty też ją znajdź.

      Usuń
  2. Ania :)! Pasuje mi do Ciebie to imię. Mam do niego wielki sentyment, bo w dzieciństwie mój ulubiony miś takie imię właśnie nosił :).
    Powiem Ci jeszcze, że żadna praca/szkoła i tym podobne zobowiązania nie wykończyły mnie tak jak dwójka moich dzieci :)!!! Słodkie to, kochane, ale tyle w nich energii do rozrabiania, że wieczorem czuję się wyciśnięta jak cytryna!!! A każdy dzień podobny do poprzedniego!!!
    Zawsze lubiłam deszczową pogodę. To idealny czas na dobrą książkę :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie nigdy za tym imieniem nie przepadałam, jest pospolite. Nawet gdyby poczytać o jego znaczeniu, nic kompletnie do mnie nie pasuje, a ludzie jednak określają przez pewne pryzmaty/schematy i nie odpowiada mi to.
      A widzisz, ja tymczasowo pracuję jako opiekunka do dziecka i uwierz mi, po 10h cieszę się, że jadę do domu i mam czas na odpoczynek. I ciszę przede wszystkim. Wszystko mi mówi, że nie jestem stworzona na matkę :P

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.