środa, 29 kwietnia 2015

Idziemy do Mc'Donalds. + Słówko o mojej chorobie.

      Pamiętacie jak opowiadałam, że jako dziecko wielkiej aglomeracji, (spaliny, smog + palenie bierne całe życie) = odczuwam w górach skutki osłabienia wysiłkowego? Niewydolność oddechowa okazała się bć jednak czymś innym. Zapaleniem oskrzeli. Przewlekłym.
      Pisałam już, że w Polsce biegałam po ok. dwie godziny, minimum dwa razy w tygodniu, a teraz nie mogę przebiec dziesięciu minut, żeby się nie udusić i wracałam do domu oddychając świszcząco.
     
Wchodzi baba do lekarza,
a lekarz też baba.
Mało tego,
wchodzi Polak do lekarza,
a lekarz też Polak.

      Tymczasem, o tym, że mam bzika na punkcie fotografowania kwiatków, to już wiecie. Wspomniana w tytule posta wędrówka, miała wszak miejsce w obecnym, wiosennym pejzażu i nie omieszkam pochwalić się kwitnącym wstępem do naszej drogi, czyli punkt pierwszy - wychodzimy z klatki ozdobionej w kwiatki.




      2. Dalsze część drogi również kwitnąca.
   Mnogość kolorowych drzew nie pozwalała oderwać od siebie oczu, nawet na środku ulicy... Na szczęście tutaj wolno jeżdżą. -_-


      3. Oddalamy się od miasteczka.
    Wędrówka wałem Renu.


      4. Mc'Donald już coraz bliżej.
   Wkraczamy do docelowego miasteczka.


      5. Niezwykłe odkrycia.
   Mijaliśmy ciekawą fontannę:


      6. Z cyklu: "takie tam, zwykłe osiedle".


      Wracamy do punku 5. Odkrycia.
   Ktoś stworzył nową rasę. Krzyżówka lwa z rysiem:


      7. Kwitnące żywopłoty,  rzeczne przeprawy.
   Aż w końcu... w końcu...



      8. ...aż w końcu doszliśmy do celu!


      I powiem Wam, że w całej Europie MC smakuje tak samo, poza tym w Szwajcarii nie uświadczycie cudownego specyfiku zwanego Shake, co mnie doszczętnie oburzyło.
      Ceny z kosmosu, dużo przyjemniej byłoby zjeść - za te same pieniądze - w przyjemnej restauracyjce, normalny obiad.
      Dla tych, których nie zniechęciłam, dodatkowa informacja, nie wyrzucajcie paragonu - WC jest otwierane kodem cyfrowym, który znajduje się u jego dołu.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Coś na kształt Côte d'Azur, tylko inaczej.

      Urlop powoli odchodził w niepamięć, już za chwilę całkiem o nim zapomnę. I tak patrząc, jak ucieka ten czas, ranka pewnego, całkiem słonecznego udałam się w pojedynkę w celu odnalezienia czegoś ładnego.
      Przebyłam łącznie rowerem 20km, rozpoczynając tą niedługą podróżą sekwencję dni pełnych aktywnego spędzania wolnego czasu. Chyba bym chora była, gdybym przeleżała te dni w domu!
      Miejsce nie jest ani ukryte, ani zapomniane, więc spodziewam się w sezonie zastawać tu odpoczywających ludzi, toteż nadal nie jest to moja "ziemia obiecana", gdzie będę mogła zniknąć w niepamięć ludzką i nikt mnie nie odnajdzie. Nazwałam to miejsce "lazurowym wybrzeżem".
      Bardzo ciekawa również była droga na owe wybrzeże, nagle horyzont zaczął się zmieniać góry zniknęły, tylko błękit nieba i zieleń roślinności.


      Zjechawszy z wału Renu, trafiłam w całkiem zieloną od bujnej, wysokiej trawy, polankę obok niewielkiego, gęstego lasu. Na widok takiego uroczyska, to jak obowiązek - zatrzymać się na dłużej.




      A tam było małe jezioro. Tęsknię za takim pejzażem i czasem uda mi się je zaspokoić odrobinę. Ale tylko odrobinę. Nic tutaj nie przebije Doliny Rospudy. Wszystko jest inne. Tak inne, że przywyknąć nie zdołam chyba przez najbliższą dekadę. Zwykłe ludzkie przyzwyczajenia. Może. A może to rzecz gustu.






      Sama w drodze. Jak za dawnych czasów. Troszkę za tym tęsknię, zawsze byłam samotnikiem. Towarzyskim, ale samotnikiem. Takie to właśnie paradoksy we mnie są. Jednak nie żałuję owej wielkiej zmiany, czuję że to właściwa droga.


      I dopiero później odkryłam 'lazurowe wybrzeże'. Wyjątkowe miejsce jak na Szwajcarię, które zasłużyło sobie na popularnie brzmiącą nazwę, choć to akurat, z Francją i Włochami nie ma nic wspólnego. Kolory wody przybrzeżnej pojawiają się w pejzażach kilku innych jeszcze krajów, ale czyż po francusku nie brzmi ono najładniej?



Dowody na spędzanie tutaj wolnego czasu, przez inne cywilizacje.

      Bardzo lubię kamienie. Niektórzy twierdzą, że powinnam zamieszkać w kamieniołomie. W Szwajcarii jest wiele sklepów sprzedających ozdobne kamienie na przydomowe skalniaki czy kamienne korytka do kwiatków. Donice i nawet figurki. Bardzo lubię na nie patrzeć, nie wiem co w tym takiego, ale cieszy oko. Może dlatego tak mi się podobały kreteńskie plaże?
      Poniżej deptałam kamienie, na których coś bliżej niezidentyfikowanego, rysowało kreseczki.




      Z kategorii: potamologia.










Uważam ten kamyczek za nader interesujący...





      Niestety nic co dobre, trwać wiecznie nie powinno, bo gdyby zastała mnie tu noc, pewnikiem zjadłyby mnie komary. Dlatego czas, by wyjechać z malowniczej dolinki i spojrzeć na rajskie wybrzeże z góry.



      A później wróciwszy w alpejskie pejzaże, rzut okiem na góry Austrii.



      I to właśnie, nazywam udanym i konstruktywnie spędzonym dniem. Lenistwo rozumiane przeze mnie, zawsze odznacza się kolejnym punktem na mapie. Wędrówka może być leniwa, wolna od stresów i zmartwień, bez żadnego pośpiechu. I wiele nie trzeba, tylko pojechać kilka km dalej, czasem tylko pójść na spacer, by znaleźć oazę wolną od zarazków codzienności.
      Na spokojnie wkraczam w nowy tydzień okrojony z przyjemności przez system. Może znajdę czas, by opowiedzieć o pozostałych, leniwych dniach. Może znajdę sposób, by w afekcie pracy i nauki nie zapomnieć wspomnień. I przeżyć drogę, wszak predator czyha, halny dmie, więc dziś pomódlcie się za mnie teraz, abyście nie musieli w najbliższym czasie śpiewać Anielskiego Orszaku nad moim ciałem.

piątek, 24 kwietnia 2015

Między Bogiem, a diabłem.

      Bo jak już się obudzę, to już wstaję. I mamy wpół do siódmej - znowu. Muszę pić przestać na noc, żadnych herbatek i kakałek!
      Chyląc czoła nad książką i kawą z czekoladą, budzę umysł, tak jest najprzyjemniej zacząć dzień. Ostatnio mam wrażenie, że jednak mózg zostawiłam w Polsce. Dlatego jeszcze więcej czytam, może wyhoduję sobie nowy...
      Mam też halucynacje. Coraz częściej jakieś spostrzeżenia zmysłowe, pojawiają się bez wystąpienia zewnętrznego bodźca i zaczyna mnie to szczerze przerażać. A może to nie haluny, tylko zwykłe złudzenia? Bo może to nie zjawy, tylko przekształcenia rzeczywistości? Albo nowa wada wzroku? To już krótka droga do zespołu paranoidalnego, ewentualnie ktoś mi wsypuje substancje psychoaktywne do napojów, albo faktycznie mam uszkodzony mózg. Z dwojga złego wolę substancje, bo choroba postępując, sprowadza na stałe zmiany organiczne. Jeżeli jednak to mózg, a nie truciciel, to znaczy, że albo mam guza śródczaszkowia, albo spóźnione konsekwencje udaru słonecznego sprzed 3 lat, choć nie wiem czy to możliwe...
      Zostało mi jeszcze parę zdjęć sprzed tygodnia czy dwóch... nie pamiętam... pozwolę sobie wpleść je w tekst.







      Ponieważ Szwajcaria jest bardzo poprzecinana rzeczkami, postanowiłam zanudzić Was nimi na śmierć. Bo kwiatkami już zanudziłam siebie samą. Nadal szukam swojego miejsca, takiego kąta w przyrodzie, gdzie będę się mogła schować i niknąć na jakiś czas z własnymi myślami i Duchami. Rozpalić ogień pod kotłem, ugotować zupę z pająków i takie tam, normalne sprawy, wiecie...
      Ostatnio w szkolę odnoszę perfekcyjne skutki w ekspresyjnych dialogach o tym, że nie, nie chce mi się, no znowu? i dlaczego ja?, w oparciu o wkopywanie kolegów z klasy w różne zadania, których nie lubię wykonywać. Np nie lubię pisać flamastrem po wielkich kartonach (wygląda jak gigantyczny notesik). Ale za to chętna jestem do pisania po białej tablicy, z której można wszystko zetrzeć. I ścierać też ją bardzo lubię. O_O To nie normalne... wiem.



Nie każdy facet z widłami, to Posejdon, ale każda kobieta z dzidą jest groźna.

      Niestety powyższe miejsca nie mogą być moimi miejscami, ponieważ od kiedy tu jestem, tylko ten jeden raz widziałam je prawie puste, zazwyczaj wędkarze rozstawiają tutaj całe kempingi.

      Wciąż zastanawiam się, dlaczego w niektórych programach treningowych prowadzonych przez panów trenerów, występuje mniej więcej po środku filmu striptiz. Czy metoda zdejmowania z siebie garderoby przez trenera, ma na celu zmotywowanie pań do dokładniejszego wykonywania kolejnych serii i podniesienie wydajności, poprzez stopniowanie napięcia? Rozumiem z kolei motywację w tym sposobie dla ćwiczących panów, to proste, klatka piersiowa trenera, ma ich zawstydzić.


Jeżeli w Twoim aparacie nie ma funkcji "panorama", to nie próbuj sklejać zdjęć w Photoshopie, bo Ci to nie wyjdzie!
      Nadchodzi maj, mam falstart w czytaniu książki, po którą sięgałam zawsze w tym terminie.

      “Niosła obrzydliwie, niepokojąco żółte kwiaty. Diabli wiedzą, jak się te kwiaty nazywają, ale są to pierwsze kwiaty, jakie się wiosną pokazują w Moskwie. Te kwiaty rysowały się bardzo wyraziście na tle jej czarnego płaszcza. Niosła żółte kwiaty! To niedobry kolor! Skręciła z Twerskiej w zaułek i wtedy się obejrzała. No, Twerską chyba pan zna? Szły Twerską tysiące ludzi, ale zaręczam panu, że ona zobaczyła tylko mnie jednego i popatrzyła na mnie nie to, żeby z lękiem, ale jakoś tak boleśnie.[...]Szliśmy bez słowa tym smutnym, krzywym zaułkiem, ja po jednej stronie, ona po drugiej.[...]Popatrzyła na mnie zdziwiona, i ja nagle najzupełniej nieoczekiwanie zrozumiałem, że przez całe życie kochałem tę właśnie kobietę![...]

      Miałam taki zwyczaj, prócz czytania tej powieści, kupić sobie w maju jakieś obrzydliwie, niepokojąco żółte kwiaty. Co prawda żaden Mistrz nigdy się nie przypałętał, ale było to dla mnie początkiem wiosny, dużo bardziej znaczącym niż Wielkanoc czy data w kalendarzu. Mój prywatny, całkiem sympatyczny początek wiosny.

      „W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika posuwistym krokiem kawalerzysty wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat.”

      Pomyślałam sobie, że wiele połączyło mnie z tą postacią. Słuchałam na jego temat od przyjaciółki, która zgłębiała tajniki żywotu Piłata przez parę lat. Byłam tam, gdzie wiecznie żywa legenda straszy spotkaniem z jego duchem, i gdzie żywioł przyniósł jego ciało. Oraz zakochałam się w powieści, w której odgrywa znaczącą rolę.
       Ogólnie rzecz biorąc, mieszkam teraz w pogańskim kraju, by nie rzec, że szatańskim. Miasto światła? Piłat? Masoni? Smoki i inne bestie?

Koty pilnujące obejścia. To a propos bestii.

      Na dobitkę, 30 marca rozpoczęło się internetowe głosowanie ws. nowego hymnu narodowego. Stary, będący w istocie modlitwą, uznano za przestarzały w otwartym społeczeństwie. W pierwszej rundzie, do 15 maja, można wybierać spośród sześciu nowych wersji.
      Nowe wersje hymnu zamieszczono w internecie. W pierwszej rundzie wyłonione zostaną trzy spośród nich. Druga runda rozpocznie się 8 czerwca, a 12 września odbędzie się w Aarau, stolicy kantonu Argowia, transmitowany przez telewizję finał konkursu. Zwycięski tekst zostanie zaprezentowany rządowi (Radzie Federalnej) do zaakceptowania. Głosy oddane przez internet będą stanowić 50 proc., a drugie 50 proc. mają stanowić głosy jury złożonego z muzyków, dziennikarzy, członków chórów i organizacji sportowych.
      Konkurs na nowy hymn ogłoszono w styczniu zeszłego roku. Każda z zainteresowanych osób mogła zgłosić własną propozycję. Z otrzymanych 208 specjalne jury wybrało sześć, które przetłumaczono na wszystkie używane w Szwajcarii języki (niemiecki, francuski, włoski i retoromański).
      Tekst obecnego hymnu, Psalmu Szwajcarów, powstał w 1841 roku; melodia jest o wiele starsza, wywodzi się z psalmu 17 (Diligam te Domine, fortitudo mea - „Będę Cię miłował Panie, moja mocy!”). Zawiera modlitewne odwołania do Boga, gór i słońca, sławi pobożność, alpejski krajobraz.
Od lat 70. narastały głosy sugerujące zmianę hymnu, ale pochodziły od pojedynczych osób lub małych grup.
      Oficjalny hymn jest psalmem, modlitwą, a my mamy społeczeństwo otwarte, religijnie neutralne. Mamy ateistów, nie mamy jednego Boga, dlatego ten hymn jest problemem.
- tłumaczył, ogłaszając konkurs, Lucas Niederberger ze Szwajcarskiego Stowarzyszenia na rzecz Użyteczności Publicznej (SGG).
      Tekst powinien odnosić się do wzmocnienia wolności i demokracji, niepodległości i pokoju, w solidarności i otwarciu na świat” oraz o „życiu wspólnie we wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu dla różnic.
      W 2011 sąsiadka Szwajcarii, Austria, zmieniła słowa swojego hymnu z „Narodu wielkich synów” na „Naród wielkich synów i córek”.
 - info z internetu