Kiedy było słońce.

Tradycyjnie, rokrocznie w zbliżające się święta, zamierza pojawić się w chwale i wśród ludzkich westchnień - śnieg. Pląsające zające o niezmierzonej woli przetrwania, gdy tylko poczują drastyczny smak nowej współczesnej wiosny i nadchodzącej śmierci, powiją swe dziatki pośród biało-srebrzystego puchu. A my, człowieki, będziemy się cieszyć, że możemy zeżreć pomalowane jajka. Gdyby kury miały rząd i armię, już by nas wysiekły za ubój rytualny.
   Tak więc pogoda z wolna syci się wychładzaniem planety, aby już we wtorek przywitać nas słońcem, czyli wiosna part 2. Dlaczego ona też wzięła urlop na święta? Może z tego samego powodu co my – lubi odpocząć. Rozkwit to także ciężka praca. Ale pożyteczna, potem wyciągamy gębę do słońca i się cieszymy. Ja może trochę mniej, zwykle robię grymas do słońca, ale w sumie lubię jak robi się sucho i rosną kwiatuszki. Można trenować wtedy fotografię makro. I Muminki się cieszą i Buka rzadziej straszy...




Las zmienił się od ostatniej mojej wizyty. Kwiaty ustąpiły soczyście zielonemu listowiu. Ale troszkę brakuje mi czasu na uaktualnianie zdjęć, niemniej, w chwili obecnej nie ma o czym mówić, tydzień w autobusie, rower się kurzy, myślę, by zainstalować za oknem pluwiometr. Według chińskich kronik opady były mierzone już w czasach starożytnych.




Deszcz podlewa zielone – pamiętamy wszyscy, że w zielone trzeba dużo patrzeć dla spokojności – wiatr grzywki urywa, wszyscy tęsknią do chodzenia w krótkich rękawkach, a później jak nam słońce dogrzeje, tak przeklinać będziemy ten dzień cichym, nieco skrzekliwym głosem z czeluści mrocznej sypialni, spod kołdry prosto z łap migreny. Pozdrowienia dla wszystkich ciśnieniowców i wielbicieli zimy.



Byłoby znacznie milej, gdyby ktoś odnalazł cudowny lek na skrócenie mąk, bo duszenie się całą dobę, życia nie umila. Drugi tydzień leci, jak nie mogę wrócić do zdrowia, ale wrócić do obowiązków to już trzeba było.
   Czasami mam wrażenie, że system kiedyś rzeczywiście mnie zabije. Jak nie na jakąś chorobę, to na brak snu czy inny kataklizm, ale mnie zabije. Definitywnie. Bo się taka ambitna urodziła, co chce robić wszystko na raz. Bo im ma więcej obowiązków, tym staje się bardziej harmonijna.
   Takie coś zaszczepiono w ludzkość dawno temu. Przypomniał mi się pomnik na Śląsku, prezentujący najbardziej pracowitego górnika, postać faktyczna, nie pamiętam co mu podawali... I to był szczyt honoru na tamte czasy. Dzisiaj nie we wszystkich ludziach przetrwał ten gen, wystarczy spojrzeć na ulice.


Zawsze najbardziej smakowały mi chwile nad jeziorem. Im gorzej się zatyrałam, tym smakowały bardziej. I często nad jeziorem też tyrałam. Powiedzcie mi – gdzie tu sens i jakakolwiek logika? Stanąwszy przed systemem – jakby to Borg powiedział – "Zostaniesz zasymilowany. Opór jest daremny."


Pierwsza wiosenna burza w Alpach zaliczona – odhaczyć. Wnioski – utrudnia spanie. Wrażenia – nic mi się nie śniło, internet nadal działa, można za chwilkę iść spać dalej.

Testuję nowy aparat, porównajmy ich umiejętności.

      Opinie są zasięgnięte z fachowych stron internetowych. Należą one do profesjonalnych "testerów" sprzętu, jak i do przeciętnych Kowalskich, którzy poszli sobie kupić aparat.
      Ja do tej pory i od zawsze podróżuję z aparatem Sony, nie jestem z niego całkiem zadowolona i nie był to mój wybór, ale przyznam, że ma wiele zalet i w porównaniu z nowym obiektem uczuć, czuję, że nie doceniałam go.

Fujifilm finepix s4400

      Jest nieco uboższą wersją modelu flagowego serii, stoi na najniższym szczeblu hierarchii wśród kompaktów hybrydowych marki Fujifilm.
      Projektanci wymienili obiektyw, ograniczając przybliżenie do 28x będącą satysfakcjonującym zakresem dla super-zoomu. Są oparte na tej samej matrycy oraz zostały uzbrojone w te same obiektywy, co modele z sygnaturą SL.
      Zaawansowane funkcje w kompaktowym, mocnym i prostym w obsłudze korpusie.
      Zalety:
- stabilizacja obrazu
- duży kąt widzenia
- filmy w rozdzielczości Full HD
- prostota obsługi
- opcja "panorama" - bo jest [dotychczas nie miałam okazji posługiwać się tą funkcją]
      Wady:
- zdjęcie panoramy robione z 3 zdjęć nie składa się prawidłowo
- zasilanie na baterie AA
- rozmywa kontury
- rozmywa szczegóły obrazu
- kłopotliwe makro
- lewa strona nie trzyma ostrości
      Reasumując opinie innych użytkowników, gdy jest pomieszczenie dobrze oświetlone i w dodatku środek dnia, nie potrafi zrobić ostrych zdjęć. Np włosy dziewczyny, które powinny być widoczne wręcz jako pojedyncze, (i warunki na to idealnie pozwalają), są rozmyte - pomimo włączonego podwójnego systemu stabilizacji.
      W pomieszczeniach można robić zdjęcia tylko i wyłącznie z fleszem i ręcznie ustawionym iso maksymalnie na 200. Powyżej szumy są takie, że nie warto robić zdjęcia.
      W plenerze tak jak i w pomieszczeniach, nie zależnie od użytego lub nie zoomu zawsze lewa strona zdjęcia nie ma ostrości lub ma ją bardziej rozmytą. Jest to wada FABRYCZNA, z którą spotkał się już niejeden użytkownik, internet jest wysypany uwagami na ten temat. Jeśli ktoś lubi robić ładne portrety czy pejzaże to może się trochę rozczarować.
      Jest to fajny model wakacyjny jeśli tylko lubimy mieć aparat, który ułatwi nam łatwe robienie zdjęć dalekich scenerii, dzieci czy urodzin teściów. Na wycieczki, pielgrzymki super.
Niewyraźne makro.
Prześwietlone makro.
Rozmyta lewa strona - kliknij w zdjęcie aby powiększyć.
Prześwietlone.


Sony DSC H7

      Wyposażono go w system optycznej stabilizacji obrazu Super Steady Shot. Podniesiono też, i to zdecydowanie, czułość maksymalną, która jednak nawet na statywie, nie sprawdza się, zdjęcia są "poruszone". Oferuje automatyczne i manualne tryby pracy. Do dyspozycji są też takie funkcje jak korekta ekspozycji, 3 metody pomiaru światła, a także bracketingi ekspozycji (seria 3 zdjęć ze stałą korektą wybranego parametru) ekspozycji. Najkrótszy czas naświetlania wynosi 1/4000 s.
      9-punktowy system automatycznego pomiaru ostrości wspomaga, znana już z wielu innych aparatów, technologia rozpoznawania twarzy. Za przetwarzane danych odpowiada procesor Bionz użyty po raz pierwszy w lustrzance A100.
      Zalety:
- 15x zoom optyczny + 15x zoom cyfrowy
- fenomenalne makro
- dostępne tuleje, tulipany i filtry UV
- możliwość podkręcenia flesza
- steady shot
- kamera
      Wady:
- stabilizacja obrazu
- drogie akcesoria (tylko dedykowane)
- bardzo słaby akumulator
- iso 100 (fatalna jakość zdjęć krajobrazowych w tym trybie)
- kompresja i tempo migawki
      Reasumując opinie innych użytkowników, To aparat na uwiecznianie chwil z rodziną, dla osób, które nie oczekują fenomenalnej jakości. Na pewno nie nadaje się dla osób interesujących się fotografią artystyczną. Świetny dla amatorów i półprofesjonalistów. Dla początkujących lub użytkowników "wakacyjnych".


W słonecznym plenerze idealny.
Bardzo ładnie "zgarnia" wszystkie barwy.
Niewrażliwy na ruch przy trybie makro.
Pamiętam jak to źdźbło trawy drżało na wietrze.
______________________________________________
Fujifilm
Sony


Fujifilm
Sony

      Moja własna opinia:
      Fujifilm ma zbyt słaby balans bieli, jest skoncentrowany na jasnościach, prześwietla zdjęcia, wypłyca głębię koloru. Barwy są nienaturalnie blade, kontr nieostry no i ta wada fabryczna...
      Sony rozmazuje obrazy, ale z odrobiną cierpliwości można temu zaradzić. Zoom nie działa z ręki. Kiepsko radzi sobie podczas zmroku. Wymaga dziennego światła. Zdjęcia plenerowe dzienne nasycone. Fantastyczne makro.
      Obydwa modele to kompakty, które usatysfakcjonują każdego amatora wakacyjnych zdjęć, nieprzeznaczonych do żadnych wyższych celów.

      Wnioski: nadal planuję kupno nowego aparatu. Nie warto zastępować kompaktu nowym kompaktem, są one mało rozwojowe. Przed zakupem trzeba troszkę poczytać, nie bać się zajrzeć na forum gdzie opiniują użytkownicy danych modeli.

Magiel towarzyski.

Średniowieczny zamek królewski, znajdujący się we wsi Olsztyn w województwie śląskim, od lat budzi moje szczególne zainteresowanie.
   Istniejącą od drugiej połowy XIII wieku, strażnicę rozbudował w XIV wieku Kazimierz Wielki. To jeden z najbardziej warownych zamków na pograniczu śląsko-małopolskim.
   Podobno był tu więziony wojewoda poznański Maćko Borkowic, który zmarł w wieży, skazany na śmierć głodową za zorganizowanie spisku przeciw królowi. Według podań jęki, zawodzenia oraz brzęk jego kajdan, do dziś mają straszyć w okolicy zamku, ale to nie jedyna legenda.
   Biała dama również tam mieszka. Czyż to nie klasyczne dla ruin zamku? Ludzie wszędzie umierali, dlaczego nie ma legend o duchach barokowych toalet? A przepraszam, o Jęczącej Marcie jedna była...

Ja w centralnym miejscu.
W 1370 r. król Ludwik Węgierski przekazał Olsztyn z ziemią wieluńską w lenno swemu siostrzeńcowi, księciu opolskiemu Władysławowi Opolczykowi za popieranie swych planów dynastycznych. W 1391 r. Władysław Jagiełło po tygodniowym oblężeniu zdobył zamek i przywrócił go Koronie.
   W 1406 r. podgrodowa osada nazywana wówczas Olsztynkiem została siedzibą starostwa. W 1488 r. Kazimierz IV Jagiellończyk nadał jej prawa miejskie. W XV wieku zamek odegrał znaczącą rolę przy odpieraniu napadów ze strony książąt śląskich. W tym czasie został rozbudowany, potem był kilkakrotnie przebudowywany z powodu kruszenia się murów wskutek osuwania się skał.
   W 1552 Olsztyn uzyskał przywilej na targi i jarmarki. Miasto nigdy nie rozwinęło się ze względu na nieurodzajną, piaszczystą glebę oraz swoje położenie z dala od szlaków handlowych.


W 1587 r. atakowany był przez wojska austriackie arcyksięcia Maksymiliana, pretendenta do tronu polskiego. Dowódcą załogi był wówczas starosta Kacper Karliński. Jego porwany kilkumiesięczny syn wraz z piastunką, wystawiony został pod zamek na pierwszą linię ognia. Obrona powiodła się, lecz z poświęceniem życia syna dowódcy. Doszło też do zniszczeń zamku. Wydarzenie to znalazło swój wyraz w twórczości Władysława Syrokomli i Aleksandra Fredry.
   W 1656 r., w czasie potopu, Szwedzi zrujnowali zamek i spalili miasto. Był to początek jego upadku. W latach 20. XVIII wieku rozebrano duże fragmenty dolnych partii zamku. Do końca tego stulecia przetrwało starostwo olsztyńskie. Wkrótce także odebrano Olsztynowi prawa miejskie.
 – wikipedia

Powiększ.
Do dziś z zamku zachowały się mury części mieszkalnej, wieże: cylindryczna (stołp) i kwadratowa (Starościańska), fragmenty murów budynków gospodarczych, częściowo także piwnice oraz odkryte w czasie badań archeologicznych, fundamenty kuźnicy i ślady dymarek.
   Dymarka, mimo swej zacnej nazwy, była tylko piecem hutniczym 😜 W nim, poprzez redukcję tlenkowych rud żelaza i za pomocą węgla drzewnego, otrzymywano żelazo w postaci gąbczastej, zawierającej żużel.

Podziemia.

Gdy tylko odzyskam zdrowie, popracuję raz jeszcze nad zachowywaniem harmonii wewnętrznej. Tymczasem w 6 dni przeciągnięto mnie przez magiel emocjonalną. Przeszedł przeze mnie taki woltaż, że kwasy organiczne zrobiły się słone i niezdolne produkować odpowiednie cząstki dla obrony wewnętrznego środowiska ciała.
   Spoglądam na Was z zamkowych murów – obowiązkowego punktu przynajmniej jeden raz w roku – od kilku już lat. W tej ziemi i w tych wapiennych skałach, kryje się jakaś energia, ciężko wyrazić to słowami. Niesamowita aura odzwierciedla się optymizmem wśród zwiedzających. Mnóstwo pokojowych reakcji na różne sytuacje. Uśmiech nie schodził z twarzy. Tu jest coś specyficznego, to miejsce, cisza na przemian z wiatrem...
   Pojawiałam się na tym wzgórzu, będąc w skrajnie różnych momentach życia, ale zawsze schodziłam zeń ukojona. Są takie miejsca... Jest ich znacznie więcej. I cieszę się, że tym razem to był taki szczególny dzień, szczęśliwy, mimo że moje szlacheckie ciało postanowiło zrobić sobie urlop ode mnie samej. Miało sobie 35 stp. i za nic nie chciało mi pozwolić koegzystować dłużej z zaprzyjaźnionymi wapieniami.



      Teraz mogę, wszem i wobec
      zapowiedzieć taką rzecz.
      Mogłam nogę, mogłam głowę,
      a oddałam 5 swych serc.
      Pierwsze dobre, kolorowe,
      czuje do śmiechu zew.
      Drugie śmiałe, wybuchowe,
      pewne siebie jest.
      Trzecie zawzięte i uparte,
      czy on jeszcze mnie chce?
      Czwarte twórcze i posępne,
      lubi gdy samo jest.
      Piąte wielkie, wyjątkowe
      właśnie dla niego jest.
      I wszystkie pięć oddałam,
      pełne gorszych i lepszych cech,
      a tak naprawdę nie określone
      przecież kobieta zmienną jest. 😊



Wędrówka po kawałek śniegu.

Onegdaj zwróciłam uwagę na życie w miastach położonych wysoko w górach, że wątpliwym jest aby wiosna miała siłę tam już zajrzeć. Niewiele się pomyliłam, i nie biorę pod uwagę kwitnących doniczek przed domami.
   Sytuacja z dołu wygląda niezmiennie tak:


Natomiast dalej temperatura drastycznie spada, choć moja zaburzona percepcja pozwoliła mi na odmrożenie sobie dłoni, bo po co się ubierać skoro mi ciepło?
   Już od dawna wiadomo, że mój złożony proces poznawczy nigdy nie prowadzi mnie do odbierania zjawisk w sposób prawidłowy. Dotyczy to w szczególności pogody, łaknienia i pory snu.
   Podróż piesza nie jest taka łatwa jakby się z dołu wydawało. Niby ścieżka, niby żadnej wspinaczki lub chodzenia na czworakach, ale w mięśnie wchodzi. Doskwierało mi to pojawiającymi się czasem skurczami, bo w tygodniu miałam wenę na codziennie treningi o dużej intensywności. I zamiast odpocząć sobie dzień przed wyprawą, ja – skatowałam się solennie. I zostałam w tyle.
   Na szczęście pilot wycieczki czekał za mną, kiedy ja robiłam sobie częstsze postoje, że niby robię zdjęcia.


W miarę upływu czasu przy drobnych przystankach i wytrząsaniu skurczy z nóg, znajdywałam przeróżne, ładne elementy natury.
   Przekroczywszy już parę ładnych metrów n.p.m., granica wiosny dobiegła końca. Przy okazji wyłoniły się tropy różnych zwierząt. Odciski parzystokopytnych jak i... domniemam, że lisów. Nie znam się na tropach, rozmiar jakby pasował.



W lasach zawsze widziałam coś niesamowitego. To nie jest tylko zwarty zbiór roślinności z przewagą drzew. Drzewo to nie jest duża zdrewniała roślina, ani materiał na zeszyty czy opał. To jest życie. Istnienie, które ma na mnie swoisty wpływ. Lubię uciekać z miasta, co odczuwam niemal jako fizyczną potrzebę.


Obowiązkowa przerwa - ściana topniejących sopli. Przecież trzeba zrobić fotkę, nagrać zapierający dech w żyłach film, urwać coś, polizać lód...
   Marzy mi się polizać lodowiec.



Dzięki tym zdjęciom, po wyprawie zostaje przyjemności na jeszcze dłużej. Delikatna obróbka, co wybrać, co publikować, co opowiedzieć...
   Nie byliśmy wcale najwyżej jak to możliwe. Nad nami rozciągał się naturalnej roboty, wielki mur i wielkie nieznane.

Duchy lasów.

Duchy lasów zamieszkują stare drzewa. Pojawiają się rzadko i tylko przed wybranymi przez siebie ludźmi, zazwyczaj tymi, którzy zgubili drogę w lesie. Bronią drzew przed złymi i mszczą się za wyrządzone im krzywdy.
   Są bardzo szybkie i swobodnie poruszają się po górach, dolinach i lasach. Można je dostrzec kątem oka jako czarny cień. Przeważnie są ciche i tylko przyglądają się wędrowcom, jednak niekiedy bawią się i straszą, jeśli człowiek o złych zamiarach nie jest mile widziany wśród drzew. Wówczas mieszają mu zmysły, tak, że gubi on ścieżkę.

Najbardziej rozpowszechnioną i znaną formą duchów lasów są pojawiające się w japońskich anime małe białe stworki z wielkimi głowami z trzema czarnymi otworami przypominającymi oczy i usta.


Lasy budzą się do życia, choć słońce jeszcze nisko, a zbocze góry przez większość dnia osłania roślinność od bezpośredniego światła.


"Ty jesteś taki tajemniczy momentami, ty masz swoje rzeczy, miejsca i się z nikim tym nie dzielisz."

W korycie wyerodowanym w skałach, o łagodnej deniwelacji płynie potok o wartkim nurcie. Zwierciadła jego wody prawie nie widać na zdjęciach. Oto górski kryształ.



Całkiem smaczna mineralna, lepsza niż ta w butelkach, nawet prosto z lodówki. Gdyby tu jeszcze cytrynkę wcisnąć, limonkę, wbić w skałę parasolkę, a obok postawić leżaczek - bajer!

Wizyta w Kaer Morhen.

W Starszej Mowie Caer a’Muirehen, [czyt. ker moren] Warownia; Wiedźmińskie Siedliszcze. Konkretnie,  wiedźmińska szkoła cechu Wilka.



Zamek w górach Kaedwen w miejscu znanym tylko nielicznym, z tych przyczyn, nie pokażę Wam wszystkich zdjęć. Osoby znające lokalizację Kaer Morhen, można wyliczyć na palcach jednej ręki i lepiej aby tak pozostało.

      W okolicy przepływa górny bieg rzeki Gwenllech. Zamczysko zostało zniszczone dopiero w naszych czasach przez rozszalałych kiboli, ale ostatni wiedźmini nadal przebywają w jego ruinach mimo przeciekającego dachu i braku wody w toaletach. Przetrwały: wielka sala, kuchnia (dzięki Bogu, bo do Mc'Donald's kawał drogi), magazyn, spiżarnia, stajnia częściowo przerobiona na garaż, zbrojownia gdzie przechowuje się oryginalne wiedźmińskie miecze, medaliony i trochę innego sprzętu jak części do używanych pojazdów, bo żadnego wiedźmina nie stać na nowy smochód. Oczywiście biblioteka, kwatery wiedźminów i kwatery przygotowane specjalnie dla czarodziejów, którzy niegdyś być może jeszcze będą nadzorowali tu przebieg Próby Traw, gdy powoływanie wiedźminów odzyska jakikolwiek sens.
      W okolicy zamku znajduje się Szlak - tor przeszkód, na którym trenowali młodzi wiedźmini (tzw. mordownia). Dobre cardio, mogłabym polecić.
      Po zamku pozostały jeszcze szczątki murów i wież, podziemne laboratoria oraz fosa wypełniona kośćmi poległych. Jest miejscem zimowania wiedźminów niemających funduszy na przetrwanie zimy na szlaku, oraz tych niemających pozwolenia na pobyt w kraju, muszących się ukrywać. Kaer Morhen zamieszkiwał do niedawna Vesemir, mentor Geralta z Rivii. Są podejrzenia, że wyjechał na Ukrainę wybijać separatystów.




Wiatr zawył wściekle, zafalował porastającymi ruiny miotłami traw, zaszumiał w krzakach głogu i wysokich pokrzywach. Chmury przetoczyły się przez krąg księżyca, na chwilę rozjaśniając zamczysko, zalewając bladą, rozfalowaną od cieni poświatą fosę i resztki muru, ujawniając kopczyki czaszek szczerzących połamane zęby, patrzących w nicość czarnymi dziurami oczodołów.
- Boję się - szepnęła.
- Nie masz się czego bać - odpowiedział wiedźmin, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Na całym świecie trudno o bezpieczniejsze miejsce. To jest Kaer Morhen, Wiedźmińskie Siedliszcze. Tu był kiedyś piękny zamek. Dawno temu.



"A jak tu, kurwa, nurt wymierzyć? Tu jest delta!
Kępy, łachy i ostrowy cięgiem zmieniają położenie, farwater jest co dnia inny! Skaranie boskie!"
- Pluskolec


"Czy rozumiesz teraz, czym jest neutralność, która tak cię porusza? Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. Nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść."
- Geralt


"Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu. To, że po Koniunkcji Sfer ludzie nauczyli posługiwać się magią, jest przekleństwem i zgubą świata. Zgubą ludzkości. I tak jest. Ci, którzy uważają magię za Chaos, nie mylą się."
- Yennefer


– Miecz. Na plecach. Dlaczego masz na plecach miecz?
– Bo wiosło mi ukradli.


– Co to było? – wzdrygnął się magister.

– Nie wiem – Geralt spojrzał w niebo. – Może pingwin?



– Natura nie zna pojęcia filozofii, Geralcie z Rivii. Filozofią zwykło się nazywać żałosne i śmieszne próby zrozumienia Natury, podejmowane przez ludzi. Za filozofię uchodzą też rezultaty takich prób. To tak, jak gdyby burak dochodził przyczyn i skutków swojego istnienia, nazywając wynik przemyśleń odwiecznym i tajemnym Konfliktem Bulwy i Naci, a deszcz uznał za Nieodgadnioną Moc Sprawczą. (…) Rozumiesz mnie?
– Staram się, ale mów wolniej proszę. Nie zapominaj, rozmawiasz z burakiem.


"Jedyną czynnością, która dobrze wychodzi samotnym, jest samogwałt."
- Jaskier

"W każdym momencie czasu kryje się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
W każdym momencie czasu kryje się wieczność."
- Ciri


Jeżeli myśleliście, że pokażę Wam zamek, to wybijcie to sobie z głowy.

Mały rezerwat.

Zupełnym przypadkiem zdemaskowałam teren ukryty za drzewami i chaszczami, który okazał się małym rezerwacikiem przyrody. Dostęp do niego jest ograniczony, można się co najwyżej pogapić. 
      W sam raz dla osoby, która chce ciszy i świętego spokoju, bo tam za tymi okienkami, czaił się taki wielki, niebieski ptak, który też miał nadzieję na znalezienie tutaj ciszy i świętego spokoju. A oni (ludzie) wybudowali mu obok autostradę.
      Oboje doszliśmy do wniosku, że to nie najgorsze miejsce na rezerwat. Spojrzyjmy na to samo, ale z innej perspektywy.




Gdyby tego Renu nie brali w cugle, to by było bardzo ładnie. Ale również byłby wielki bałagan i powodzie, więc może Polacy też powinni się tego nauczyć? Ileż nieszczęść mniej, ileż by można katastrof uniknąć...
      A że tak ładnie i tak naturalnie, to potem patrząc na eleganckie, równiutkie koryto, trochę żal. Ale kaczkom i łabędziom to wcale nie przeszkadza, a to najważniejsze. Jest woda? Jest. Płynie? Płynie, a że trochę ją wyprostowało tam dalej, to już inna sprawa.
      A tu macie, jak jeszcze krzywa była i porozlewana. Taki fragmencik:



I pojechałam dalej. Bo to była wycieczka rowerowa, a właściwie powrót z pracy inną drogą. Wciąż próbuję odgadnąć co ze mną jest nie tak, gdyż mapy pokazują mi trasę, którą powinnam pokonać w maksymalnie 40 minut (wpisałam dokładnie ulice, nie tylko same miejscowości). Zaś jadąc tą trasą... przepraszam, bo skłamałam - zapierniczając tą trasą jak Messerschmitt, że już z wiatrem w zawody staję, wciąż dojeżdżam do celu w 50 minut i nie chce wyjść mniej.
      Doznałam oświecenia gdy wyprzedził mnie pewien pan w stroju aerodynamicznym na kolarce.


Akurat w tę stronę jeżdżę zazwyczaj rekreacyjnie i zwiedzam,
dlatego prędkość pozwoliła mi dostrzec to:


Podobno jazda na rowerze pozwala odreagować stres. Myślę, że jeżeli coś się robi codziennie, przestaje to specjalnie oddziaływać na organizm i duszę, jedynie na pewno na hart ciała i waleczność poprzez niezależność. Bo autobus to nigdy nie pojedzie inaczej. A zdjęcia przez szybę... no dziwnie by to wyglądało, gdybym nagle wysiadła na przystanku, by umyć szybę z zewnątrz, bo mi zdjęcia wychodzą w kropki.



A później znów była okazja do tępego gapienia się jak sroka w gnat, tudzież człowiek w czaplę. Rozłożyłam się w poprzek drogi z aparatem, mało by mnie baba na rowerze rozjechała. O daj Boże zrozumieć dialekt szwajcarski...
      Konsensus był taki - ja miałam dalej leżeć, a pani sobie objedzie, no przecież jest miejsce, po co się zaraz szarpać - ale że kiepski ze mnie lektor, potraktujmy to z przymrużeniem...




Ale czas płynie dalej,
a w pamięci jak w skale
uwieczniona historia
w rycie doskonałym.