niedziela, 22 lutego 2015

Amerykanizacja w Szwajcarii.

      Może przekroczyłam już ramy skojarzeniowe i przeciągnę strunę, porównując Szwajcarię z Amerykanami, ale jeśli przyjrzeć się zagadnieniu przez szkło powiększające, widzę, że nie wpadam wcale w przesadę.
      Ciekawostką, kojarzącą się dla mnie z Ameryką, są tutaj liczne wyprzedaże garażowe, oraz stoiska przydomowe, niektóre nawet oznajmiające, iż można brać za darmo.
      Sprawa pozbywania się zbędnych rzeczy, (potrzebnych jak umarłemu kadzidło), które już nadgryzł ząb czasu, to jedna paralela, która swą linią łączy się z farmerami żyjącymi na ranczach, chodzących na co dzień w kapeluszach i kowbojkach, a na wejściu mają napis Welcome to The Ranch. Miejscowi stawiają jazdę westernową ponad klasyczną brytyjską.
      Moja ocena - pozwolę sobie nadmienić - nie jest żadną złośliwą połajanką, ta konstatacja to czyste spostrzeżenie bez konkretnego stanowiska. Bo jak kto chce żyć, tak żyć się stara i jeśli mu się to udaje, pochwalam jak najbardziej. Krytykuję natomiast polską mentalność życiowego poddawania się, nijakości i słomianego zapału.
      Wszechobecna amerykańska jazda jest mi na rękę, jest tym, czego od dawna chciałam się nauczyć, jednakże ceny w stajniach polskich przerosły mój budżet. Udając Szwajcara, można jednakowoż nad tym się zastanowić...



      Tymczasem Hexe obiło się o uszy, że dziś tu nieopodal, będą palić wiedźmę na kilkumetrowym stosie. Hexe oznajmia, że jest przerażona tym faktem i chyba zabunkruje się w domu. Wszak schron bojowy ma tuż koło pralni, czemu by nie skorzystać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.