piątek, 27 lutego 2015

Inżynieria codzienności.

      Dzień za dniem, obowiązki na całą mą miarę, czas upływa jak woda w rzece. Co chwila przecież inna, wartka, czysta... Niekiedy ktoś do niej nabrudzi, ale moment i przelewała się już świeża. 
      Tak jak kolory na niebie, tak i we mnie wzbiera sztuka. Poezja. Ostatnio znów piszę wiersze. Dodatkowo odkryłam w sobie nowy talent - inżynieria. Planuję przestrzennie i zawsze łączę z sobą wszystkie końce.


      Do porannej jazdy już przywykłam, a treningi musiałam inaczej rozplanować, by zaoferować wymagającym nogom wyraj także w tygodniu. Jednak chodzę na nich każdego dnia, więc czy to wgl. jest możliwe?
      Weszłam na tor, sunę po szynach nowego systemu, niewynudzona i niezawiedziona potocznie zwaną codziennością. Telewizor wrzeszczy "zupa dupa", na ulicy ludzie spokojni, a przyszłość stoi w progu apetyczna. Wreszcie czuję, że nie stoję w miejscu. Rozwijam się, uczę i jak zawodowiec, wbijam szpilki w nową lalkę vodo i myślę o poszerzeniu tej profesji o szydełkowanie czepców.

      Patrzę na przyrodę oczami Reymonta, może stąd te wiersze. Nie znam piękniejszych opisów pór roku i dni. "Już tak dniało, że caluśki świat pokrył się był sinawą modrością kiej śliwa dojrzała."
Zdjęcie wykonałam z balkonu.
      Totemiczny zwierz przestał zaiwaniać za mną we snach. Nie szpiegują mnie też inne mary. Ta komedia, która rozgrywa się wokół mnie, przybrała łaskawszy wyraz, coś się klaruje. Słońce nam wyraźnie przyświeca, oczy bystrzej spoglądają, a jedyny problem polega na urozmaiceniu kuchni, gdzie wszystek mus być gotowane, a jam mistrz patelni. I tu uczę się nowych rzeczy.

      Luty wygląda jak kwiecień. Czy kwiecień będzie czerwcem? Tu natura jest bardzo kapryśna. W kolorach soczysta. Wciąż poszukuję fioletowej krowy. Przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko marzenia, w które przestajemy wierzyć. Łatwo jest stracić wiarę. Równie łatwo jest popełnić błąd, dokonać złego wyboru, ale nie można się zrazić, zawsze trzeba próbować. Próbować utrzymać wiarę i pielęgnować marzenia, pomimo świata nasiąkniętego okrucieństwem.
      Chciałabym żeby zło było tylko w horrorach, jako niedorzeczna rozrywka chorych umysłowo i zepsutych ludzi, czyli takich jak ja. Zachwycających się każdym świtem (choć zwykle wolałabym go przespać...) i śmiejących się na krwawych filmach, oraz znajdujących inteligentny sens w większości thrillerów psychologicznych.
      Lubię zastanawiać się nad zaproponowanym w takowych produkcjach , zagadnieniem.  A żeby pokreślić mój atawizm i psychodelizm, dopowiem, że wszystkie części "Żółwika Sammy" i "Epoki lodowcowej", zostały już obejrzane. Ma wyjść nowy film amerykańskiego pochodzenia, "Power Rangers". Rita ma być sexi blondi.
Pomyślałam, że chcecie to zobaczyć z bliska.
      To by było na tyle w kwestii uszkodzenia mojego rdzenia złą fabułą najczęściej wybieranych książek i filmów. Teraz czytam "Chłopów" i zastanawiam się, kto zezwolił na wprowadzenie tego do szkół? Rozwiązywanie konfliktów przez obelgi i bijatyki, alkohol pity na umór i seks w krzakach, że niby reszta wsi nie widzi... jak można kazać to czytać młodzieży? Potem będą robić tak samo!
A to było z drugiej strony.
      Z czystym poczuciem normalności, postanowiłam wymordować cały świat Warcraft'a, jako cukierkowy, słodki Krwawy Elf. Zaręczam natomiast, że jak zdzieli, poprawiać nie trzeba.
      Z rozrzewnieniem wspominam dzień, w którym mogłam wśród kamratów biegających w hajdawerach i onucach, ciepać z łuku w poklasku najbliższych. A skojarzenie przyszło wraz z pierwszą wypuszczoną strzałą przez elficzkę, bo trzyma łuk tak samo jak ja. Niedbale niby, ale gwarantujemy swą celność.
      Kiedyś kupie sobie własny łuk, wrzucę nasię barwny strój i jak Iskra czy inny Sapkowskiego Szczur, ruszę galopem w las, a może w bój!


środa, 25 lutego 2015

Z perspektywy nizinnej.

Zbocze góry z licznymi, wąskimi gzymsami, którymi można chodzić
trzymając się łańcuchów. Szlak przystosowany dla turystów
nieposiadających specjalnego sprzętu alpinistycznego.
      Góra - jaka jest - każdy widzi. Te, które widzę ja, są najwyższe w Europie, od wybrzeża Morza Śródziemnego po dolinę Dunaju. To w tym łańcuchu stoi i patrzy z góry na nas  Mont Blanc. (Fr.)
      Alpy zostały wypiętrzone w orogenezie alpejskiej jako część większego systemu górskiego – łańcucha alpejsko-himalajskiego. Alpy mają budowę fałdowo-płaszczowinową. W krajobrazie wysokogórskim dominują strzeliste szczyty, kotły polodowcowe oraz doliny U-kształtne.
      Nazwa wiązana jest z celtyckim rdzeniem alb, oznaczającym "wysokość". - Tak napisano w Wiki.
      Podobno mogę spotkać tu koziorożca albo niedźwiedzia. Natomiast widziałam już świstaka, co prawda leżącego na plecach z wydziobanym na lewą stronę gardłem, ale to też się przecież liczy, prawda? I wrończyk był (dopiero teraz odkryłam, że taką to ma nazwę). A byłabym wniebowzięta znajdując salamandrę plamistą. Może być czarna od bidy.
Miasto na ziemi Lichtenstein.
      Życie w górach zawsze zdawało mi się znojne, a kłopoty czasem nawet podbramkowe. Nie mając żadnych notyfikacji w tej kwestii, wiem jedynie, że tam zima bardziej daje się we znaki niźli w dolinach. Że łańcuchy na koła są obowiązkowe i trudniej dbać o trzodę. Że śniegu zwały całe i wiosna później przychodzi, albo wcale i mamy nagle lato.
      Ja tymczasem tam wyżej zapuszczam się rzadko. Siedzę w dolinie, fotografuję kwiatki, oraz góry, na których kwiatki to obecnie tylko w doniczkach mają. Oczywiście oznajmię ponownie, iż pojęcie mam wyblakłe jak sprane gacie. Można mnie poprawiać, a nawet tego żądam.



      Zdjęcia z zielonej doliny gdzie zielona trawka i pączusie na krzaczkach, z widokiem na ośnieżone miasta i mroźne szczyty gór. Lubię śnieg, lecz w sumie dobrze mi tu, gdzie jestem... To wszystko przez pedałowanie, mówię Wam! Perspektywy się zmieniają, za to kabriolet pierwsza klasa i trening cardio z głowy.




      Alpy Retyckie, jako najwyższa strefa w obrębie Alp Wschodnich, ma się czym... szczycić, bowiem szczyty ma nieprzyzwoicie śliczne. Zajmują znaczny obszar na styku granic Szwajcarii, Włoch, Liechtensteinu i Austrii, i gdzieś tam pomiędzy, jestem ja - dolina Renu, mniej więcej. Wg Wiki, nazwa Alp Retyckich wywodzi się od starożytnego plemienia Retów i pochodzącej od nich nazwy rzymskiej prowincji Recji. Ileż tu historii... Ileż prania się po mordach w zamierzchłych czasach, a wszystko po to, by kiedyś ludzie mięli taki widok z balkonu.

niedziela, 22 lutego 2015

Amerykanizacja w Szwajcarii.

      Może przekroczyłam już ramy skojarzeniowe i przeciągnę strunę, porównując Szwajcarię z Amerykanami, ale jeśli przyjrzeć się zagadnieniu przez szkło powiększające, widzę, że nie wpadam wcale w przesadę.
      Ciekawostką, kojarzącą się dla mnie z Ameryką, są tutaj liczne wyprzedaże garażowe, oraz stoiska przydomowe, niektóre nawet oznajmiające, iż można brać za darmo.
      Sprawa pozbywania się zbędnych rzeczy, (potrzebnych jak umarłemu kadzidło), które już nadgryzł ząb czasu, to jedna paralela, która swą linią łączy się z farmerami żyjącymi na ranczach, chodzących na co dzień w kapeluszach i kowbojkach, a na wejściu mają napis Welcome to The Ranch. Miejscowi stawiają jazdę westernową ponad klasyczną brytyjską.
      Moja ocena - pozwolę sobie nadmienić - nie jest żadną złośliwą połajanką, ta konstatacja to czyste spostrzeżenie bez konkretnego stanowiska. Bo jak kto chce żyć, tak żyć się stara i jeśli mu się to udaje, pochwalam jak najbardziej. Krytykuję natomiast polską mentalność życiowego poddawania się, nijakości i słomianego zapału.
      Wszechobecna amerykańska jazda jest mi na rękę, jest tym, czego od dawna chciałam się nauczyć, jednakże ceny w stajniach polskich przerosły mój budżet. Udając Szwajcara, można jednakowoż nad tym się zastanowić...



      Tymczasem Hexe obiło się o uszy, że dziś tu nieopodal, będą palić wiedźmę na kilkumetrowym stosie. Hexe oznajmia, że jest przerażona tym faktem i chyba zabunkruje się w domu. Wszak schron bojowy ma tuż koło pralni, czemu by nie skorzystać...

sobota, 21 lutego 2015

Wiosna ciepłem mózgi rozleniwia.

      Wydawałoby się, że wiosny próżno szukać w lutym, ale ja na własne oczy widziałam pierwsze kwiaty. Znając polskie warunki pogodowe na chwilę obecną, wiem, że brzmi to niedorzecznie i potrzebne będzie uzasadnienie. Dlatego tuż po pracy wybrałam się na krótki spacer, atoli w mojej okolicy panuje zdeklarowana co najmniej do marca zima. Aczkolwiek między jednym oszronionym krzaczkiem, a drugim, w snopie słonecznego światła kaj ten krzew gorejący, stał on - pełen pączków i nadziei krzaczuszek.
      Mimo iż za ciepłem i słońcem nie jest mi wcale tęskno, to zmiana w pejzażu nie zaszkodzi. Słońce praży cały czas, czułam jak opieka mi policzek, a przecież tłumaczyłam mu, że szlachta ma jasną karnację! Może powinnam wyemigrować na planetę położoną na dalszej orbicie?
      Potrzeba wiosny wyłoniła się we mnie, gdyż potrzeba/prekursor jest na przejrzyste powietrze o piątej rano i nieco wcześniejszy poranek, który byłby zaistniał, lecz zasłaniają go rozrośnięte na cały horyzont efekciarskie góry.
      Na rowerze jadę (do pracy) raczej intuicyjnie i na nic 2 lampki, których światło, a również ja wraz z odgłosem trzeszczącego łańcucha, giniemy w głuchym szepcie nocy. I moje myśli rozproszone. Tutejsze mroki potrafią być jak czarna dziura. Pochłaniają wszystko. Dźwięki, zapachy i kształty. Nie ma echa. Niemal jak za obietnic kandydującego onegdaj Kononowicza, który obiecywał, że nie będzie niczego. Alpy o piątej rano niczego nie obiecują. Tutaj zaprawdę powiadam Wam - nie ma niczego.



      Nie nauczyłam Portugalczyka wymawiać mojego nazwiska. Nauczycielka porozsadzała nas w obco-narodowościowe pary, w których nie było mowy na posługiwanie się żadnym wspólnym. Tak też Polaka usadziła z Turczynką, mnie z w/w, Włocha z Arabką itd., etc. I w sumie słusznie, bo został nam tylko ten pioruński Niemiecki.
      Obostrzenie w znajomości słów stanowiło niepojętną ciasnotę mózgu. Ale z zadania wywiązaliśmy się wzorowo. Stworzyliśmy na kartce papieru dialog, w którym trudność mojego polskiego nazwiska, przydała się i wywołała ciekawy element radości na sali.
   ja: Guten Abend, ....[tu się przedstawiam]
   on: Entschuldigung... wie heißen Sie?
   ja: [powstarzam nzwisko]
   on: Guten Abend ... [dalej próbuje wymówić moje nazwisko]

      W ogólnie panującym rozbawieniu, pomyślałam sobie, że będzie na dobitkę ciekawie, gdy przyjdzie czas na opowiedzenie, skąd kto jest. Łódź to też ciekawe słowo. XD

       5 godzin później znalazłam następne kwiatki!



wtorek, 17 lutego 2015

Szkoła językowa i powroty w czarnej mgle.

      Obawiałam się, że na kursie językowym dla początkujących, gdzie nie ma szans, by nauczyciel znał polski (zgadza się), ani by szczęściem Polak znalazł się w grupie (nie zgadza się, mam od kogo brać notatki w razie czego), będą ludzie całkiem dobrze znający Niemiecki (niestety to brudna prawda) i podczas gdy ja będę starała się zrozumieć kolejne polecenie, ktoś inny będzie sobie w najlepsze szprechał z nauczycielką (oni oszukują!)
      Ludzie, masakra jakaś, jestem w zdecydowanej większości naprawdę początkujących, ale kilkoro uczniów powinno raczej zastanowić się nad grupą zaawansowaną. Przeszkadzają mi ;]

      W drodze do szkoły *jadąc zdecydowanie na około) można zobaczyć taki piękny dom:


      Lecz tak naprawdę jestem na kursie wieczornym i nie wygląda to tak. I powiem Wam, że wracanie rowerem w nocnej czeluści i gęstej mgle, sprawia, że rowerowa lampka nie oświetla drogi - jej światło rozprasza się i oślepia. Póki jeszcze leży na trawce śnieg, dostrzegam kierunek, granice ulicy. Później moja sytuacja na drodze może zmienić się dramatycznie... Chciało się mieszkać na wsi, to się ma. Na szczęście dzielę swe życie z zacną duszą posiadającą bagażnik mogący pomieścić zacny rower i nie będę straszyć po nocach jęcząc marudnie i tocząc się dwa na godzinę. I nikomu w dom nie wjadę, bo szkoda by było. Ani nikt we mnie nie wjedzie, bo naprawa samochodów tutaj droga, a ubezpieczenie nie pokrywa szkód na moim zdrowiu psychicznym, które mogłyby spowodować ewentualne osiwienie i wypadanie zębów, za co też nikt mi nie zapłaci. Za zderzak mój ubezpieczyciel odda w razie co, niemniej po co prowokować testowanie warunków na jakie się zdecydowałam oddając mój szlachecki podpis?

      Dostałam książkę do nauki. Zmusili mnie do mówienia, a nawet pisania. Wygląda na to, że mnie czegoś nauczą...

poniedziałek, 16 lutego 2015

Australijski kudłaty łeb, kolejne perypetie kawożłopa, polska wódka i piwo z Belgii.

      Austria (Österreich) - wiki podaje, że: w IX wieku terytorium było wschodnią częścią imperium Franków, a także wschodnimi rubieżami osadnictwa niemieckiego na terenach Słowian. Za czasów Karola Wielkiego i w czasie wczesnego średniowiecza tereny te nazywano marchia orientalis (Marchia Wschodnia), co w lokalnym języku przyjęto jako właśnie ôstarrîhhi. Arab.: Nimsa. Cz.: Rakousko
      Kiedy przeżywam największe ekscytacje, jestem rozpłomieniona do tego stopnia, że puszczam w niepamięć nawet moje największe predylekcje, ale - nie na byle poczet! Mam skłonności do kompletnej szajby na widok konia. Zrazu idziemy się powąchać, zetknąć nosami, aż w końcu Peace and Love i wielka głowa ląduje na moim ramieniu, a ja ją zamykam w swych małych objęciach. Czysta frenezja. A to nie byle był koń, bo zimnokrwisty, z rodzaju tych, na których siedzi się jak na wersalce, a włosy na nogach to już trzeba czesać wielkim grzebieniem, bo samo zgrzebło to za mało.
      I z tego miejsca niezmiernie mi przykro, ale owa szajba sprawiła, że nie przywiozłam ani jednego zdjęcia. Może kiedyś się nadrobi.
      Napiłam się polskiej wódki od znajomego, który dostał ją od nas. Notabene, niedawno odkrył, że miał w niedalekiej rodzinie Polaka. Wzniósł toast po polsku i z zainteresowaniem wsłuchiwał się w opowieści o najbliższej memu sercu krainie tysiąca jezior - oczywiście posiadałam tłumacza, nie bierzcie mnie za taką zdolniachę. Jeszcze.  -_-
      Jego kompan znał temat, od razu skojarzył i powiedział poprawnie "Mazury!". Brawo, a więc poznaliśmy się na mapie. Może kiedyś wspólna rundka po Polsce? A może? A czemu nie? Intrygująca bardzo to myśl. No dobra, szczerze - jaram się na tę myśl.

      I wreszcie nabyłam drogą kupna dobrą kawę, a nawet dwie! Pierwsza to przypadek, w akcie desperacji, najtańsza w Szwajcarii, łagodna kawa w ziarenkach (dla mojej próżności kawożłopa), mówię Wam, nie ma jak świeżutko zmielona kawa o poranku. Toż to liryka aromatu!!



      Odbyliśmy małe duże zakupy w Austrii, gdzie znalazłam niemiecką firmę, którą kupowałam zawsze w Polsce. Tyle że dobrze znałam zieloną, zaś teraz musiałam podjąć nowe ryzyko i spróbować niebieskiej (odradzam granatową) i przyznaję: wyśmienita!


      Moje kubki smakowe szalały również przy wieczornym piwie. Belgia to ponoć prawdziwe piwne królestwo, poniższy produkt zyskał moją aprobatę. Poznałam kiedyś belgijską czekoladę, od której serio, ciężko się było oderwać. Najlepsza słodycz jaką jadłam wcale nie jest szwajcarska.
      A towarzyszył mi przy trunku, John Constatntine wraz z Legionem.


      Zakupy w Austrii były owocne ze względu na wielu importerów i tym samym dużą różnorodność produktów na półkach. W Szwajcarii kupić można wszystko, ale jest zdecydowanie mniejszy wybór, np piwa prawie tylko jasne, ciemnego ze świecą szukać, to samo z różnorodnością pieczyw i też głównie pszeniczne. Za to dużo lepszą mają tu chemię gospodarczą, nie ma żadnych problemów z dopieraniem rzeczy czy czyszczeniem czegokolwiek, detergenty pierwsza klasa.

środa, 11 lutego 2015

Sowa sowie, kawa kawoszowi, a poecie wiersz.

      W ciemną noc w gęstym lesie siedzą dwie sowy na gałęzi. Cisza jak makiem zasiał, siedzą tak i siedzą i nagle jedna się odzywa:
- huuuu huuuuuuuuuuuuuuu!! 
A druga na to:
- k***a ale mnie przestraszyłaś!

      Co jakiś czas z moimi rodzicami wysyłamy sobie coś interesującego. W Potterze wysyłało się listy sową, tutaj wysyłamy człowiekiem...
      Motywy przesyłek bywają różne, rzadko jednak przypadkowe, zwykle ściśle przemyślane, aż do tej pory.
      Zupełny przypadek i klęska własnej intuicji. Zdolna jestem do kupowania książek - jeszcze nigdy nie nabyłam chłamu - ale eksperymentalnie, rzadko trafiam w kawę godną moich kubków smakowych. Otworzyłam ją:


      ... i rozpoznałam ten aromat, ten delikatny kwasek w tle bukietu... tak smakuje ukochana kawa mojego ojca. Zatem dostanie całe kilo, a ja dziś mam misję - kolejny raz spróbować kupić sobie zadowalającą kawę. No ciekawe co to będzie...

      Słońce rozgrzało nam zimę do zerowej temperatury, Ren się zagotował z wrażenia, a góry są ze srebra. A obiecali mi góry ze złoto... okłamali mnie!
      Poważnie mówiąc, ten lazur wody bardzo pozytywnie na mnie oddziałuje. Lubię na niego patrzeć, dotykać go opuszkami duszy... Szkoda, że nie na wszystkich zdjęciach go widać. Intensywny błękit nieba odbijał się na powierzchni rzeki.



      Tu trochę widać, z bliska czystość górskiej wody jest jak lekarstwo na cały dzień.


      Fragment ścieżki edukacyjnej, tym razem dowiedziałam się, które robale robią jakie dziury:





      W listopadzie napisałam wiersz, który okazał się proroczym. Generalnie to nie pierwszy twór, który wieszczbą jest niesłychanie szczegółową, w zeszłym roku wieszczyłam jeszcze na wiosnę. Wszak jam ci wiedźma jest. O_O

Ciszą myśl uchwycona, prosto w dłonie czasu wpadłszy,
dusza naturą omamiona, w przyszłość dalej patrzy.
A na krańcu tego czekania: odpowiedzi,
widniejące na dróg rozstajach, ich życiowe zamieci,
w pamięci jako furie i zawirowania,
z nadzieją, iż upłynie wreszcie passa rozczarowania.
A wtedy gdzieś poza snem i poza czasem,
gdzieś poznając nowe obrazy,
przyjdzie taki moment gdy powiem, że stary zamęt
przerodził się w tęczę, przerodził się w wiosnę,
i zniknęły budzące grozę, dawne koszmary.

niedziela, 8 lutego 2015

Historia klepania się po mordach oraz mój korzeń.

      A co powiecie na trochę historii? Zainteresowana tą ziemią - niekoniecznie z wyboru - postanowiłam poszukać dawnych cywilizacji. Kawałka prehistorii już posmakowałam, można by rzec, osobiście. A co było dalej?
      Nie doczytałam jakich dokładnie czasów sięgają początki osadnictwa. Byli Helweci na zachodzie i Retowie na wschodzie. Płynęła w nich krew Etrusków. To Rzymianie za Juliusza Cezara w I w. p.n.e wzięli te rejony w cugle i nazwali Helvetia (Helwecja).
      W IV w. n.e prali się między sobą namiętnie: najazdy Germanów na Imperium Zachodniorzymskie oraz Burgundów i Alemanów na Helwecję. V w. n.e. to już czasy wczesnego średniowiecza. A wtedy Frankowie zrobili miazgę z Alemanów, ale byli nienasyceni i sklepali michę Burgundom. Ciemiężyciele byli naszymi milusińskimi - Chrześcijanami. Pamiętacie jak opowiadałam o miasteczku, po którym widać wyraźnie, że było uciśnione przez kapłanów, a religia jawiła się tam podejrzanie przerażającymi symbolami? (TUTAJ) Rekrutowali nowych - strachem.

Kościoły wszędzie górują nad miastami. Widać je zewsząd.
      Imperium frankońskie posypało się w IX w., wówczas większość ziemi stała się częścią księstwa Alemanii lub Szwabii. Południowo-zachodnią część skomasowali w transjurajskie (o jakże piękne słowo...) królestwo Burgundii. W dalszej przyszłości, Rzymianie nadal nie mogli tego znieść i w roku 1033 Cesarz Konrad II przedłużył sobie... o część burgundzką. I tym oto sposobem, Szwajcaria stała się częścią jego Cesarstwa, a do tego sama podzieliła się na liczne małe księstwa, które były prekursorem dzisiejszych kantonów.
      W latach XV w. szwajcarscy górale stali się już na tyle silni, że wszelkie kolejne próby położenia łapy na ich już rodzinnym lennie, zostały porzucone, tak więc górale sprzątnęli okazję sprzed nosa m.in. Habsburgom. I mamy początek dzisiejszej konfederacji szwajcarskiej, kraju niezależnego ale i również neutralnego, który nie lubi się prać, ale wojska mają tu takie, że strategowie niektórych państw ślinią się z zazdrości. Sieć bunkrów poprzecinała tutejsze góry, domostwa są budowane na schronach, i choćby cały świat miał się zawalić, Szwajcarzy przetrwają. Tu ich nawet trzęsienie ziemi nie weźmie. Zdaje się, że wgryźli się w tę ziemię na wieczność.


      Zaś moja historia była zaskoczeniem dla mnie samej, gdy w minione święta Bożego Narodzenia, senior naszego rodu przy stole rodzinnym oświadczył, iż pamięta taką historię, jak to nasz krewny, w czasie II Wojny Światowej uciekł do bezpiecznego w/w neutralnego państwa, i tak poznał Szwajcarkę, z którą ożenił się i po Wojnie wrócił do Polski. Z tego były dzieci, a potem dzieci dzieci i okazuje się rzecz niespodziewana, bo w jakimś stopniu, choć niewielkim i niewiele wnoszącym w moje życie... no... właściwie nic niewnoszącym w moje życie stopniu, można powiedzieć, że wróciłam do korzeni. Korzenia w zasadzie. Szkoda, że człowiek nie rodzi się z językami obcymi swych zagranicznych krewnych.

piątek, 6 lutego 2015

Kamienice, drewniaki i inne starocie.

      Kamienica – miejski budynek mieszkalny, murowany z cegły lub kamienia, przynajmniej jednopiętrowy. Kamienicą określa się zazwyczaj budynek stojący w zwartym szeregu innych domów, jeśli tak nie jest, to kamienica odróżnia się brakiem dużych okien na jednej z jej ścian (jest to związane z tym, że podczas budowy przewidywano w tym miejscu inny budynek lub taki budynek istniał, ale został wyburzony).
      Kamienice były podstawą miejskiego budownictwa mieszkaniowego od średniowiecza po drugą połowę XX wieku.
      Określenie występuje od XV wieku, jest ono specyficzne dla Polski. Mieszkania w kamienicach są przeważnie droższe i większe niż w przypadku tych w wielkiej płycie.
- podaje Wiki

      Można to nazwać czułostkowym przywiązaniem, bo czasami wirtualnie zaglądam do mojego rodzinnego miasta i może z jakiegoś przyzwyczajenia śledzę postępy projektu "Mia100 Kamienic". Łódź nie tylko odnosi się do jednej prestiżowej ulicy. To całe miasto interesujących zabudowań, z których zreanimowano już znaczną część i nadal powstają następne plany.
      Jeszcze wiele z nich kojarzy się ze slamsami, ale cóż poradzić, że Łódź to żyzna gleba dla takich chwastów jak dresiarze, których bramy wykarmiają wilgocią i chronią swym cieniem przed światłem dnia i spojrzeniami stróżów prawa? I kto by pomyślał, tworząc dwa kluby sportowe, że przyniosą tylko krew, a prawo będzie akceptować małą szkodliwość społeczną?

      Tymczasem, zainteresowałam się kolejnym remontem. Wnętrza kamienicy zostaną odnowione w stylu jego lat świetności, nawet sufitowe freski odkryją swoją drugą młodość. Piwnica wydaje mi się obiecująca, ale trzeba wiedzieć, że ja mam szajbę na tle wszelkich podziemi, czy to będzie bunkier czy jaskinia, a może lochy - mnie się spodoba, to pewne. ;] No spójrzcie tylko... *_*



      W Szwajcarii zaś, mają zupełnie inny program ochrony starych zabudowań. Jeżeli na prywatnej ziemi stoi jakiś stary budynek, to choćby nie wiem jak bardzo się rozwalał, nie wolno go zburzyć. Można odnowić, ratować, ale nie stawiać od nowa. Dlatego większość Szwajcarów porzuca takie pustostany, czasem na środku pola czy łąki i czeka aż bezpowrotnie ulegną degradacji. Na amen, że będzie mógł już tylko zgarnąć grabkami na szufelkę.

Zagrożenie życia, nie dotykać... (tu jeszcze chodzi o instalacje elektryczne w środku)
      Przyznam szczerze, że te ruiny w środku pola mają swój urok. Szczególnie latem na soczyście zielonych polach drewniane chatki, pokrzywione ale urocze. Niektóre domki zostały przerobione na pomieszczenia gospodarcze, robią za stodołę, bo jeszcze dach dobry, albo chowają weń jakieś maszyny, jeżeli wejście odpowiednio szerokie. (poniższe zdjęcia pochodzą z sierpnia)

Dalej w polu widać kolejną małą ciupkę.
      Takie osiedla pamiętają chyba średniowiecze, część z tych domów ma przeznaczenie wakacyjne. Życie płynie własnym torem, a jego prąd ma prędkość zmienną. "Wiem w każdym razie, że jest mi z moim życiem bardzo dobrze; życiem, w którym gości coraz większy spokój i poczucie równowagi."



środa, 4 lutego 2015

Gdy wiedźma nad kotłem stała.

      A w moim kotle bulgocze wywar. W tonacji kruczych odgłosów, pod ołowianym niebem, w ciszy czterech ścian, wielce skutecznie uprawiam swą magię... badając i weryfikując przy tym endemiczne produkty, czyli - prestidigitatorstwo kulinarne.
      Nieodpartą siłą jaką bywa głód, po kolejnym obiecującym treningu ciała, czas przyszedł na rozpieszczenie go i regenerację, aby wszystkie siły (te magiczne też) dostały właściwą pożywkę. Sztukę gotowania fit od dawna mam w małym paluszku, jednakże trudno jest zdobyć niektóre potrzebne unikatowe, jak się okazało, mecyje. W tejże miejscowości nie ma brązowego ryżu. Znalazłam za to pewien zamiennik.
      Warzy się owe wiktuały 50 minut. Dacie wiarę? Taką żem sobie perełkę znalazła! I do tego kotlety. Zamrażarka zawiera wprawdzie nadmiar kurczaka wędzonego, ale... Zwykłe, najprostsze, kochane kotleciki... To może jednak jeszcze potrzymam rumiane ścierwo nieco dłużej w lodówce.
      By mnie - natchnionej - dać satysfakcję, wymyślę na tę potrzebę sałatkę z pomidorów suszonych. Będzie w niej brakowało prażonego słonecznika, bo nie mam sobie co uprażyć, choć regał w sklepie z suszem i pestkami wygląda cudownie, słonecznika brak. Ale cieszą inne towary, które składają się w stu procentach z natury. W Szwajcarii nie trują ludzi. Ot co.


      Kolorowe kuleczki zostały zabarwione peperoni, czarnym bzem, czarną marchwią, pokrzywą, szpinakiem i kurkumą. Kółeczka podałam z ciepłym mlekiem, w którym roztopiłam 2 kostki (na 2 porcje) czekolady z bakaliami, wkroiłam kiwi, banan, dodałam migdały, wszystko wzbogaciłam niewielką ilością miodu gryczanego - to mój ulubiony.
      Śniadanie ma prawo być słodkie i powinno być kaloryczne. Liczy się właściwy bilans. I trening oczywiście.
      50 minut później:
   Ryż po ugotowaniu wygląda jak zwyczajny brązowy, który wg polskich receptur gotuje się pół godziny. Ale ten ma dopiskę "bio", więc uznam go za naturalniejszy. O_o' Eksperyment zakończony triumfem, kocioł zdjęty z indukcyjnego ognia.

      Oto jak mi się żyje, pomimo wątpliwości fruwających w eterze jak te trzmiele za uchem. - Spokojnie, dobrze, po prostu normalnie.
      Stali czytelnicy doskonale pamiętają jak było kiedyś i napiszę to słowami pisarza Musso, że kochałam swoje życie zamknięte w katedrze samotności i zabójczego indywidualizmu. Ale ja naprawdę cieszę się z tej zmiany monumentu architektonicznego na coś mniej pretensjonalnego, jak mały domek ciekawej egzystencji dzielenia jej w parze i... zabójczej indywidualności, bo tej nie zamierzam zmieniać na nic innego.
      Nie patrzę w słońce, bo nie lubię, cieszę się przepiękną, tutejszą zimą, obserwuję przyrodę i żyję. Przeczytałam kolejna wspaniałą książkę. Po prostu żyję. Swobodnie. I trzeba to się uczę jeszcze i to tyle.
      I wciąż kombinuję jakby tu zostać hodowcą Blobfish. Zakochałam się w tej rybie. Żywi się tym, co znajdzie po drodze i składa jaja, które następnie wysiaduje. Jest fascynująca...

wtorek, 3 lutego 2015

Krwawy spacer i seans filmowy. A "ryba kupa" naprawdę istnieje!

      Dziś dzień w pełni słoneczny, promienie tańczą na ośnieżonych górach, widokach jest tak pełen słodyczy, że nic tylko wjechać rowerem w latarnię z wrażenia.
      Około 11 km przespacerowaliśmy w ok. 4 godziny, brnąc znaczną część drogi w grząskim śniegu. Niby zima, a zgrzaliśmy się jak w ukrop wenezuelski. Przyjaciółka nadała mi, że tam obecnie słońce nawet diabła spaliło na węgielek, a z nieba padają legwany. W takich warunkach na pewno nie otwierałabym parasola, chyba że niosłabym go w drugą stronę. Kocham gady!
      Na naszym spacerze z nieba sypał śnieg, który gadzi opad wykluczał, ale latały wielkie drapieżniki, a na ścieżce leżał trup gryzonia wielkości kota, z długim włochatym ogonem i rozszarpaną szyją. I nie był to zając, bo ogon, a nie uszy były długie. Ktoś ma jakiś pomysł, co to mogło być? Gdy wpisuję w wyszukiwarkę "gryzoń Szwajcaria", wyświetla mi się region na mapie: Gryzonia. -_- Gdy odeszliśmy paręnaście metrów, wielki ptak usiadł na padlinie. Niestety mój aparat nie umie wyostrzyć zoom'u.



      Wieczór spędzony na poziomie intelektualnym wiadra planktonu. Zaczęliśmy od filmu "Noc oczyszczenia: Anarchia".
      "...w niedalekiej przyszłości, raz do roku, na dwanaście godzin Stany Zjednoczone zapominają o istnieniu kodeksu karnego. Obywatele mogą szlachtować się do woli bez obaw, że przywitają nowy dzień w kajdankach. Kneblem w ustach pacyfistów i etyków są statystyki: bezrobocie to pieśń przeszłości, gospodarka kwitnie, a przestępczość mieści się w granicach błędu statystycznego. Amerykański sen wreszcie się spełnił." - recenzja z internetu.
      I co się dziwić, że młodzież wychodzi z kina i później nęka biedniejszych? Że są szykany dzieci gorzej ubranych, że pastwią się nad tymi, którzy nie mają laptopa w domu? To kolejny film, który ukazuje, że biedę należy tępić, a zamożni bawią się ich kosztem.
      Następnym filmem była druga część "Żółwika Sammy". To a propos mojej miłości do gadów. Odkryłam, że "ryba kupa" naprawdę istnieje. W bajce grała kluczową rolę. A tak wygląda w rzeczywistości:


      W dalszym ciągu wieczoru - powtórzę raz jeszcze, kocham gady! - obejrzeliśmy "Wojownicze Żółwie Ninja" z 2014 roku. Zmutowane żółwie walczyły z Klanem Stopy. Trzymające w napięciu, w połowie seansu zasnęłam, obudziłam się na napisy końcowe.
      Kończąc tym łuskowatym aspektem, zapraszam do obejrzenia pozostałych kilku zdjęć z naszego wytwornego spaceru: