Tak to się zaczęło.

Zanim w ogóle pomyślałam, że mogłabym emigrować do obcego kraju, wciąż na piedestale był człowiek, który w krótkim czasie stał się dla mnie kimś ważnym. Na tyle, by zmienić swoje plany wakacyjne i znów móc się zobaczyć.
   Musicie wiedzieć, że nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu. Od lat traktuję swój dom jako bazę wypadową, nie znam sentymentu, nie pozwalam uziemiać się miejscu, przedmiotom ani niczemu, co pisze się w rejestr ogólnie pojętej stabilizacji. Możecie więc mieć pewność, że ze mną na blogu nie zanudzicie się. Daję słowo!


W moich dalekich marzeniach istnieje długodystansowy treking z domem na plecach. Nie straszne mi ciężkie warunki, ani katorżniczy wysiłek. Powiem nawet, że to lubię.
   Mój partner, człowiek, który oczarował mnie swoim spokojem, jest miłą odmianą dla towarzystwa raczej nerwowych i chaotycznych ludzi. Co więcej, podziela mój zapał do podróżowania i parę innych, ale nie o tym dziś. Zagadki mojego serca zostawię na inny dzień, inną notatkę.


Alpy szwajcarskie były mi jak dotąd nieznane i nie wiem czemu, gdyż to kraj leżący w zasięgu naszej polskiej komunikacji, chociażby PKS, którym to po długiej nocy znalazłam się na nieznanej ziemi.
   Góry nigdy nie robiły na mnie specjalnego wrażenia. Właściwie chyba jestem odporna na ich piękno. A te obrazki, które na mnie działają i od których nie potrafię oderwać oczu, mogą Was nieco zaskoczyć... Szybko się zorientujecie, co mnie najbardziej pociąga.


Las, zielony las, piękne, gorące lato, rzeki szmer, ptaków śpiew... miałam wrażenie, że jestem tam nie dla siebie samej. I było ono słuszne, o czym przekonałam się leżąc z głową wtuloną w kochane ciało. Świeża miłość naprawdę sprawia, że wszystko dookoła znika.
   Oto zaczyna się historia mocno okraszona opowieściami z miejsc mnie nieznanych.

2 komentarze:

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.