Wspomnieniom, myślom cichym, czyli bajzel fotograficzny / przekrój ostatnich lat.

      Czas przerachować miniony rok. Nie to za mało... Bilans lat to idealne wyzwanie dla mnie. Wszak zmieniłam swój status, adres, dawne sprawy i zajęcia, wszystko jest inne, wszystko jest takie nowe i jeszcze nie poukładane do końca na właściwych sobie miejscach. Jest to etap najlepszy na zakonkludowanie zaszłości. Czy jest coś, czego obecnie żałuję? Co bym zrobiła, gdybym mogła cofnąć czas? Po kolei, po kolei... od czego by tu zacząć, bo na pewno nie od początku! Trzy lata będą wystarczającą reasumą, by sprawdzić, co się zmieniło i odpowiedzieć na powyższe pytania.
____________________________________________________
      2012 rok to był czas opiewający w największe pasje, właściwie moje życie było skupione konkretnie na jeździectwie i wędrowaniu po kraju ojczystym. Szczęście można opisać na wiele sposobów. Jego definicją podług mnie jest możność robienia tego, co uskrzydla na całe lata świetlne.


Stajnia Oleńka w Łodzi.
      Interakcje z ludźmi to podstawa oraz miejsca, które odwiedza się ile tylko dusza potrzebuje - jest to światło dla serca. Wyznaję zasadę, że nie wolno pozwolić na to, by wpaść w mroki zwykłej codzienności. Trzeba żyć pełnią życia, kochać, spełniać się czy to w pasjach czy zawodowo (jedno nie wyklucza drugiego) być szczęśliwym, rozwijać się i pozwalać sobie na szaleństwo. Nie ma czegoś takiego jak "nie wypada". Wypada robić wszystko to, co pozwoli nam na prawdziwy śmiech.

Park w Świerklańcu. Śląsk.
      Co jeszcze należy robić, aby nie zgnuśnieć i nie zaśmierdnąć? Podejmować przeróżne, choćby najdziwniejsze wyzwania. Aby tego dokonać, zalecam wyjść z domu, lecz nie po to by szlajać się po osiedlu jak podejrzany typ! Do tego przede wszystkim trzeba śledzić w mediach aktualności z miasta i okolic. Tak np zajechałam do ZOO w dni otwarte i spojrzałam sępowi w twarz. Przyznam, że to jeszcze dziwniejsze uczucie, niżeli być blisko nieoswojonego wilka.


      Co jeszcze trzeba? Żyć kolorowo. W tych latach byłam najbardziej zwracającym na siebie uwagę, punktem na ulicy. Przysparzało mi to niekiedy kłopotów, nie łatwo się wyróżniać, ale czułam się w tym dobrze, cóż... ja taka jestem, problem polega jednak na tym, że w Szwajcarii byłoby to źle rozumiane... -_-
      Szarawary są najlepszą opcją na gorące lato, do tego idealnie komponowały się z moją pogodą ducha. Eksperymentowałam bardzo dużo z kolorowymi szkłami kontaktowymi, toteż na zdjęciach zobaczycie przeróżne wariacje.
      Stałam się swoim dziełem sztuki, moja śmiałość, pewność siebie, zyskały wtedy na mocy. Stałam się piratem na betonowym morzu, notorycznie łamiącym ustalony porządek. Ponad to nie było takiej smutnej miny, której bym nie zdołała odmienić - dbałam o moich ludzi, dbałam o swój i ich optymizm.
      Korsarz XXI w. zawsze wiedział jak staranować system, by nie dać się pochować za życia.








_____________________________________________________
      Zawsze byłam wierząca, ale 2013 rok to była największa asceza jaką zdarzyło mi się narzucić sobie samej, szczegóły jednak pominę. To był mój rok wiary.
      Wiele wtedy się wydarzyło w moim życiu, pobożność pomogła mi nie poddawać się, nie załamywać, czułam stale, że nie jestem sama. Jeszcze więcej modliłam się, jeszcze częściej spowiadałam się. To był szczególny i dobry czas, który zaowocował potrzebnymi odpowiedziami na zaistniałe wówczas, najeżone trudnościami interpelacje.
      Jestem wdzięczna i czasami odmawiam modlitwę dziękczynną za tamten okres opieki nade mną. Może nie powinnam o tym pisać, bo to zbyt osobiste, ale przecież nie mam się czego wstydzić.

Samodzielna wizyta w Częstochowie. Jeździłam tam w konkretnych intencjach.
Modlitwy były wysłuchane, przekonałam się nie jeden raz.


      Od zawsze udzielałam się kulturowo, lubiłam chodzić do muzeów, a w Łodzi szczególnie sobie upodobałam Pałac Poznańskiego. Piękna architektura, a i również ciekawe wydarzenia związane z rodziną Izraela. Udawało mi się dostawać tam na rozmaite okoliczności. Najlepiej wspominam urodziny pana domu.




To zdjęcie powstało po seansie spirytystycznym, organizowanym przez miasto.
Taka zabawa dla dorosłych ;) w wywoływanie duchów państwa Poznańskich.
Przy tau trzy pętle jak u Franciszkanów, trzy cnoty, których całkiem na poważnie przestrzegałam:


      Oczywiście nie przestawałam nadal szaleć i bawić się życiem. Na zdjęciu ja z tatą w zimowym amoku. :)


      Także mój Olsztyn co roku trzeba było odwiedzić. To tam istnieje źródło mocy o wielkiej wartości. Tam wspomnieniom i myślom cichym, budowałam zamki pamięci. Czerpałam garść najważniejszych słów, by więcej już nie chować się, tylko iść naprzeciw życiu. Tam też oświadczył mi się mąż. :)


      To oczywiście nie jedyne wędrówki. O Warmii i Mazurach pisałam i pokazywałam całe mnóstwo materiału, nadmienię werbalnie, iż jak dotąd co roku bywałam w tamtych regionach i są mi one szczególnie bliskie od szczenięcych lat.
      Okolice Łodzi to również wspaniałe, historyczne miejsca, wśród ruin których, bardzo lubię przebywać. Uniejów, Łęczyca, ich czerwoną cegłę warto ujrzeć choć raz.




________________________________________________
      Rok 2014 to etap wielowymiarowy, który dostarczył mi mnóstwa radości. Np. po dziś dzień zastanawiam się, czy by do tego nie powrócić - dready. Wtedy za bardzo je wyeksploatowałam, podjęłam więc wybór - sport albo włosy (kasku nie mogłam na nie wcisnąć!). Ale uwierzcie mi, to nie prawda, że dreadów w ogóle się nie myje i śmierdzą. Może na emeryturę z siwych sobie zrobię?


      Później włosy zostały u fryzjera, dobra, nie ważne... -_- W tym czasie rozkręciła się moja wschodnia znajomość i zaczęłam ruszać w trasy koncertowe, czasem nawet kilkudniowe. Najęłam się ochoczo jako fotografka i współzałożycielka polskiej strony ich FC.
      Fotoreportaże, masówki, być wszędzie tam, gdzie można stać tylko z ID i polować na najlepszy kadr, zarywać noce dla tych kadrów. To jedna z tych rzeczy, które mogłabym, bardzo chciałabym robić. Podobało mi się to, liznęłam zawodu, o którym nie miałam pojęcia, jako amatorka, stojąca po przyjacielsku w "fosie" nie dla szmalu. Istna przygoda życia, mój prywatny, wielki sukces! Dostawałam pochlebne opinie, przez myśl przeszło mi, że mogłabym... zostać na serio fotoreporterem.
      Spotkałam na swej drodze odpowiednich ludzi, aż sama się dziwię, że zaadoptowali takiego szaleńca ^_^ Ich muzyka jest jedną z moich ulubionych, dlatego nierzadko miast zajmować się fotografowaniem, słuchałam, albo wpadałam w taneczny szał, więc wiela przyjemnego w jednym momencie. To był świetny rok.
      Teraz trochę dziwnie mi się ogląda chłopaków w telewizji, tyle było spotkań, wspólnych tras, różnych przeżyć, emocji i przygód. Nasze drogi się rozeszły, troszkę żal, ale przecież nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Kiedyś na pewno się zobaczymy.
      W Sylwestra grają w Krakowie, Kozak System pnie się na szczeble kariery, mają na koncie kawałki z polskimi gwiazdami, ich miano staje się znane w coraz szerszych kręgach.
      Do tego zjeździłam z nimi kawał Polski i poznałam kompanki, z którymi można konie kraść. Nigdy tego nie zapomnę!

P.S.W krótkich włosach było najwygodniej, też bym rozważała w obliczu kryzysu wewnętrznego taki comeback. Wszelkiego typu zmiany powodują, że odnajdujemy wkrótce remedium na nadmiar szarości. Nawet prozaiczne zmiany typu włosy, choć osobiście zawsze wolałam i skuteczniejsze to było - przemalować sobie pokój albo wsiąść w pociąg i radykalnie zmienić otoczenie, co uskuteczniałam często i szczęśliwie. Właściwie aby zmienić otoczenie, można też kupić roślinkę... O_o

Gdańsk
Giżycko
W "pracy" pod sceną.
      Wiele lat temu wypowiedziałam sobie takie życzenie: "chciałabym aby ktoś mnie stąd zabrał..." Powtarzałam je potem dosyć często, szczególnie w momentach kryzysowych. Mogę powiedzieć, że spełniło się z rozmachem.
       Np. w pierwszą wędrówkę po ziemi obcej zabrano mnie na Marsa, gdzie odkryłam wodę:


      Czy jest coś, czego obecnie żałuję? Co bym zrobiła, gdybym mogła cofnąć czas? Żałuję, że nie jestem w stanie wymyślić sposobu na teleportowanie się z miejsca w miejsce, by móc robić to wszystko, co wcześniej i jednocześnie dzielić dom z moim mężem. Ale odstawmy mrzonki na bok, aktualnie nie mogę powiedzieć złego słowa o sytuacji, która może się w przyszłości na tyle polepszyć, by pomóc mi w dotarciu do sedna sprawy - czy jestem szczęśliwa?
      Przez szczęście, analogicznie rozumiem spokój w sercu. Spokój przenajświętszy. Póki co jestem trochę jakby bardziej nerwowa, trochę jakby mniej kolorowa, trochę jakby delikatnie nie sobą i w strachu, że jeszcze mniej sobą wkrótce będę, a i do tego nadciśnienie doszło. Ale jestem spokojna o męża, że wreszcie trafiłam na porządnego faceta, który za moimi plecami nie obraca panienek jedna po drugiej, ani nie chleje po kątach, ani nie robi czegoś co powinnam zgłosić na policję.
      Minęły lata, nie wiem nic o żadnym z wymienionych pokrótce dysfunktów, choć jeden jeszcze przed rokiem koniecznie chciał się ze mną "tak po przyjacielsku" spotkać, mimo że zrobił bachora innej... Trzeba trzymać takich na dystans, bo to niewątpliwie psychopaci są. A cała reszta wyklaruje się i dopnie miana szczęścia, bowiem po cierniach aż do kwiatu.


      Zmiany mimo wszystkich niedogodności są na lepsze, wszak na inne się nie godzę. A co będzie dalej, pożyjemy, zobaczymy, bo jedno jest pewne, tego co będzie, za cholerę nie przewidzimy, więc próżno próbować się przygotowywać.
      Jak widzicie, moje życie bywa szalenie przewrotne, spełniają się nawet nieoczekiwane rzeczy, które miały pozostać w sferze marzeń. Mam tak od lat, stąd wiem - ja WIEM - że nie ma rzeczy niemożliwych. I absolutnie nie mogę się spodziewać niczego.

Zdj. zrobiłam w miejscu: Pałac Piorunów
      Aby wybrać swoją drogę, najpierw trzeba spróbować wszystkiego. Nie ma w moim całym życiu niczego, czego bym żałowała. Troszeczkę mój brak zahamowań i pewność siebie kierowały mną jak rozpędzonym snowboardzistą, ale na tle tego wypadam bardzo dobrze. Jestem dumna z siebie, z tego jak ułożyłam swoje domino, bo nadal trzyma pion i cieszę się, że mam szalenie ciekawą historię życia, a to wszak jeszcze nie koniec.

Oczywiście fascynacja sprzętami ciężkimi niezmiennie trwa.
________________________________________________________
      Rok 2015, który już mija, to była wielka próba dla mnie i oficjalne zaksięgowanie zmian, już nigdy nie będę panienką. Pozostaje mi tylko wszcząć przygotowania do statusu rozwódki albo wdowy. Ewentualnie zmarłej. Pożyjemy, zobaczymy.
      Ów rok cechuje między innymi rozpoczęcie szkoły niemieckojęzycznej w obcym państwie. Tego się nie spodziewałam... Nie po to kończyłam szkołę, żeby się jeszcze dawać przykuć do szkolnego biurka i znowu ślęczeć w książkach i marnować czas na wykładach! W studium miałam problem żeby wysiedzieć na lekcjach nie marząc o samobójstwie, ale powiem Wam otwarcie - to zupełnie co innego.
      Dobry kurs to taki, za który każą płacić, bo tylko to będzie w stanie zmusić do dbania o porządną frekwencję. Szkołę policealną wypróbowałam i ostatecznie nie polecam. Jest za darmo, w weekendy, więc każdemu szybko zapał mija i zgadza się na wszystkie zmiany w grafiku pracy, by mieć wymówkę.
      A teraz chodzę i jestem zadowolona, pomimo tego, że przez całe zajęcia muszę trzymać powieki rękami, a następnego dnia w pracy, to nawet nie pytajcie co ja muszę robić... Ale jak chcę umieć, to muszę chodzić, bo nie chcę kaleczyć ich mowy jak większość emigrantów. Poza tym ja uczę się z praktyki tylko i wyłącznie, w domu to ja się co najwyżej słówek mogę pouczyć. W końcu nie robię tego dla pustej przyjemności, gdyż lada dzień przyjdzie mi walczyć z szefem - Szwajcarem i wtedy zobaczymy czy dalej będę taka zadowolona z postępów na kursie. Gorzej, jak kurs się skończy, a pracy dalej nie będzie. Bo jak zostanę w tym zawodzie co jestem... zbliżam się już do naprawdę cienkiej granicy...
      To jest największy problem, ten etap w tygodniu kiedy cholernie ciężko nadążyć z obowiązkami, na szczęście mąż też potrafi obiad ugotować.
      W tych konkretnych dniach zauważam u siebie symptomy odchodzenia od zdrowych zmysłów. Boję się, że tylko dni, a może godziny dzielą mnie wówczas od popadnięcia a marazm, apatię, albo depresję.
      Teraz patrzę na to wszystko zupełnie trzeźwo, wszak siedzę sobie wypoczęta przy biurku, które jeszcze pamięta zapach mojego elementarza z Zerówki i sobie tak analizuję krok po kroku biorąc wcześniej trzyletni rozpęd.
      Po calutkim roku beznadziejnego bezrobocia - no bo dorabiam, a nie zarabiam - zawiedzionych spodziewań, zabójczo gorącym lecie, kilku zjedzonych tabliczkach czekolady, po świętach bez śniegu, i milionach wkurwów utopionych w litrach kawy, ewoluuję (gdyż wszystko musi z czasem ewoluować aby dostosować się do nowych warunków) i od dziś będę jak ta lala - jak dawniej, jak kiedyś: sceptyczno-pozytywno-zabawno-wojowniczo-kolorowa, "Wilczyca na szlaku" (kiedyś tak się nazywałam). PIEPRZYĆ SYSTEM!! Wtedy było mi dobrze, chcę jeszcze!
      I tak padło po raz pierwszy od początku tej notatki - postanowienie noworoczne.


     Tak, jestem szczęśliwa. A że czasem patrzy mi wilkiem z oczu, to nic. Przeobrazić to w uśmiech nie jest trudno. Mam kogoś kto to potrafi.

Röhlingen - Deutschland. Miasto dobrych duchów.

      Dawanie to piękny zwyczaj. Przyznaję, że prędzej sobie czegoś odmówię, niżeli bym miała zrezygnować z przyjemności podarowania komuś choćby drobiazgu. Gest? Hojność? To chyba miana bogaczy: hojny wspierałby finansowo jakieś fundacje, a gest to za butne słowo. Lubię dawać od siebie wiele. Prezenty? Oj taaaak... Ale najbardziej obecność - zależy mi na tym. Obecnie jednak rzadko jest to możliwe.
      Zdarzyło się tak, że niemal nasza Obecność przy bliskich zawisła na włosku. Zdobyliśmy nowe doświadczenie, czyli jak przetrwać, utknąwszy w obcym kraju, kiedy serce naszego wierzchowca rzekło: jetzt das Ende. [to już koniec]. I tak trafiłam do stajni, gdzie Reitpferdów [spolszczone słowo "wierzchowiec"], tych prawdziwych, jest do wyboru do koloru. Ale zanim tam znaleźliśmy swój tymczasowy schron...


      ...wyjechaliśmy z Doliny Mgieł pod osłoną mroku, żegnając na jakiś czas jej uroki i romantyzm. Po źle przespanej nocy, wzbogaconej o realistyczny sen, który stawił mnie przed bardzo dziwnym wyborem, miałam jakiś taki... niepokój wewnętrzny. Tyle nieładnych życzeń ostatnio padło, a doświadczyłam przecież nie raz i nie dwa spełnionej złośliwie chimery.



      Tuż za granicą niemiecką ujrzeliśmy słońce. Nie przypuszczałam, że tu nadal taka piękna jesień. Może to urok, może to zwykły przypadek, ale na pewno los mimo wszystko nam sprzyjał. A było tak...



      ...Wierzchowiec padł na głównym trakcie. Podejrzewaliśmy kolkę. Słupek S.O.S. był niedaleko, a tam na linii Polka. Pomocną dłoń podał nam również Polak pracujący w niemieckiej firmie drogowej. Wierzchowca zawiózł do doktora, a nas do hotelu, wszak niedziela, doktor w domu - lecznica nieczynna.
      A hotel... był zamknięty. Zostaliśmy sami w szczerym polu. Można by ręce załamać... Zawsze jednak miałam szczęście do ludzi, całe swoje życie z "jednorazowymi przyjaciółmi" gdzieś na szlaku, którzy zjawiali się niczym amerykański mściciel, kiedy już myślisz, że zaraz zginiesz.
      I pojawili się na małym, (notabene - sprowadzanym z Polski) koniku, mili Niemcy. Starsza, siwowłosa para prawdziwych hipisów! Dziadek w białych długich włosach, pacyfka na szyi, a babeczka przesympatyczna, miałam okazję popróbować się z nią w niemieckim.
      Zbieg okoliczność, albo Anioł Stróż nas z nimi spotkał. Babeczka pracowała 26 lat w hotelu w mieście niedaleko. Zadzwoniła do szefowej i zapowiedziała nasze przybycie, po czym zawieźli nas osobiście z bagażami na dwa razy (mówiłam, że mały konik) i jak tu nie wierzyć w ludzi?

      Piszę o tym, ponieważ bardzo chciałam opowiedzieć Wam o spotkaniach, o tym, że los powolnie toczy się pomyślnym kołem, tyle że raz na wozie, raz pod wozem. Żyjemy, a to najważniejsze, bo drogowe przypadki przecież kończą się bardzo różnie.



      Sympatyczne i przytulne miejsce powyżej ze zdjęć, to Hotel Konle posiadający również hotel dla koni, krytą ujeżdżalnię i teren do trenowania skoków. Możliwe kolonie w siodle, ośrodek posiada własne wierzchowce, saunę i masażystę.
      Jeżeli kiedykolwiek myśleliście o spędzeniu wczasów za granicą, w połączeniu z rekreacyjną dawką końskiej przygody, ten zupełny przypadek sprawił, iż mam okazję polecić Wam właśnie to miejsce.

Röhlingen, Deutschland
      Mieścina jest niewielka, nie ma w sumie żadnych więcej atrakcji. Jedynie stary kościół, który góruje nad Röhlingen. Nie omieszkałam go odwiedzić.





      Przez miasteczko przepływa rzeczka, a wokół nie ma żadnych gór, dzięki czemu mogliśmy podziwiać pełny zachód słońca. Także i wschód. Co w tym dziwnego? Ano jest to miła odmiana dla osób, które od roku widują wschód słońca koło południa. ;]


      Sytuacja męcząca, nerwowa, w dodatku po perypetiach cały bagaż został zalany tonikiem siarkowym. Szczoteczka do zębów też była w domu rodzinnym... no comment. A wierzchowiec, jak się okazało, miał zawał, wyjdzie z tego, obecnie czeka na przeszczep serca.

      Weszłam w okres świąteczny, na szczęście już w bezpiecznych, rodzinnych pieleszach. Wszędzie dobrze, ale w ojczyźnie to jednak U SIEBIE. Może dlatego niemiecki koń postanowił popsuć się w Niemczech? Wyzionął ducha na swej ziemi ojczystej.
      Pomyślałam sobie, że dobry duch jednak się mnie jeszcze nie wyparł. Mimo, iż nie dbam już tak bardzo o jego świat, przyszedł, ostrzegł, zadbał o odpowiednie zbiegi okoliczności i teraz pewnie stoi na parapecie, bezcielesny, niewidzialny i oplótłszy się skrzydłami zerka mi na ekran ukradkiem ;) Zatem pozdrawiam Ciebie!

      I jeszcze słówko o dobrych ludziach, gospodarze z Witlandu, u których byliśmy w Miodowej Podróży, (prezentowałam miejsce TUTAJ) przysłali nam kartkę z życzeniami. Ogromne zaskoczenie, pamiętają o swoich klientach :)

      Zawiesiłam broń. Wszak kolczuga i tak przecież w praniu ;P A na horyzoncie świeci słońce, czerwona linia brzegowa, PŁASKA LINIA BRZEGOWA!
      W chwili obecnej wszędzie pokój i spokój, nie czuję piętna pośpiechu, nigdzie nie muszę lecieć na zbity ryj... ulga. O jak dobrze. Odstawiam elementy ostre na bok, co by sobie krzywdy nie zrobić niepełnosprytnymi manewrami.
      Słońce już znudziło się byciem ładnym, teraz wlazło gdzieś pomiędzy chmury, równie leniwe i niespieszne. Witaj Ziemio Ojczysta. Ale dziś nie jest dobry dzień, aby umierać. Przede wszystkim czas kontynuować pranie.

Walensee i Walenstadtberg. - Słoneczny spacer nad lazurowym jeziorem polodowcowym.

      Gdzie poniosło tym razem nas oboje? Nad Walensee, jezioro położone 419 m nad poziomem morza o powierzchni 24 km kwadratowych. Powstało jak większość tutaj - z ginących lodowców. Granit i lód w dolinie leżały do ostatniej, białej epoki. Lodowce były wysokie do 1400 m. Topiły się jakby arkusze papieru spadały po stromych zboczach z czego powstało potem jezioro.
      Walensee rozciąga się w samym sercu doliny, której strome zbocza po obu stronach sięgają dziś do 1000 metrów wysokości.
      Nasza wędrówka odbyła się po Walenstadtberg, czyli górze wznoszącej się nad miasteczkiem Walenstadt, z którego zaczęliśmy marsz.







      W drodze jak zwykle nachodzą mnie różne deliberacje, a w okresie przedświątecznym najwięcej myśli się o Kraju Ojczystym. Zaczynam rozumieć , że znajomi przestają mnie rozumieć. Zaczynam pojmować historie ludzi, którzy zdecydowali się zamieszkać w innym miejscu na świecie, a po powrocie, bardzo często nie mięli już do kogo wpaść.
      Błędy popełnia się mimowolnie. W moim nowym życiu mam dużo więcej do zrobienia, niżeli w poprzednim galimatiasie codzienności, jednak było ono pełne spotkań, bo zawsze dbałam, by relacje się nigdy nie rozluźniały. Obecne życie jest pełne obowiązków: dom, praca, szkoła. Wtedy tego nie było. Owszem - praca, lecz w domu do zrobienia było niewiele, a resztę czasu wypełniały spotkania i podróże, życie kulturowe i dwie moje życiowe pasje.






      Kiedy w obliczu stresu związanego z godzeniem wszystkich priorytetów, zaczynają dochodzić niesnaski z domagającymi się swej uwagi ludźmi, robi się nieciekawie, w duszy wręcz parszywie i nastręczają mnie wtedy parchate myśli. Jest sort ludzi, na których bardzo mi zależy i sort ludzi, którego myśli na mój temat mnie nie obchodzą, bo ja nigdy nie myślę na ich temat, a jednak zwalają mi się na głowę, a to przytłacza mnie jak skurczybyk.
      Tak, to prawda, że nie mam czasu na chociażby zwykły, krótki telefon. Każdy bowiem, jeżeli tylko znajdę parę minut, wykonuję do rodziny, bo są najbliżsi bezkonkurencyjnie i zawsze będą o wszystkim wiedzieć pierwsi.
      To prawda, że jeżeli mam godzinę wolnego, zamiast włączyć Skype, wolę zrobić trening. A te posty powstają bardzo wcześnie rano, zanim wyjdę do pracy. Tworząc tego bloga, uważałam że pomoże mi to zachować jakikolwiek kontakt, ślad w grafiku wszystkich, którzy od czasu do czasu wypełnią sobie wolne chwile przeczytaniem posta. Wiem, że to kiepska mrzonka, a i sposób żaden. Ale choć pomysł się nie powiódł, będę pisać dalej, bo po prostu to lubię.
      Wobec tego - moje priorytety - moja wina. Każdy przyjazd do ojczyzny jest wyborem, bo ktoś musi zawsze zostać pominięty na rzecz licznych spotkań z rodziną i "ważnych zwykłych" spraw.

      Moim marzeniem z dzieciństwa (jednym z wielu), była przejażdżka walcem drogowym. Zabawne, że aby to spełnić, musiałam aż do Szwajcarii wyjechać, ale wreszcie los mi przyświecił. Na krótko, ważne jednak, że zaliczone i z listy dziecięcych pragnień można już wykreślić.
      Czy już wspominałam, że mam pociąg do ciężkich maszyn...?



      Żyję za szybko, by móc chcieć więcej. Ale miast oceny mojej osoby jako ignoranckiej - chciałabym najbardziej rozmowy. Nawet via papierowy list lub mail. Skrzynkę pocztową i mailową sprawdzam codziennie, ona nie jest pusta. Piszą regularnie ci, którzy również żyją poza granicami Ojczyzny... przypadek? Pewien procent pozostałych, strzela focha.






      Nikogo nie zamierzam kupić z okazji świąt. Nie planuję obdarować dla "zapomnij mi", ani też nie napisałam tych słów dla "pamiętaj mimo wszystko". Życie nas dostatecznie samo sprawdza i ocenia. Złemu też nie musimy dopomagać, aby nie działo się więcej zła.
      Wiem, że to wszystko jest jak zimny prysznic o 4 rano - zmęczenia i tak nie zmyjesz, jeśli nie spałeś zbyt dobrze. Czasami jedna kawa nie wystarczy. Czasem i jedna rozmowa nie wystarczy. Spójrzcie na bilans całego życia. Zaufanie.
      Oczy się kleją, ale ja nadal widzę. W głowie się kręci, ale nadal jestem w pracy. I taka jest moja codzienność w środku tygodnia. Wobec tego, czy robię to, co powinnam, czy jednak nadal za mało?







      Czasami mam ochotę wrzeszczeć, ale są to miejsca ciszy, których eteru nie śmiem naruszyć. Są takie bezkresne, że w uszach dzwoni aż nieznośnie. Obdarte z uczuć, surowe...
      Kto powiedział, że jest łatwo? Kto powiedział, że żyję jak pączek w maśle i że mam jak w bajce? Kto powiedział, że tylko się bawię i mam wieczny chillout? Otóż zawiodę Was, ja naprawdę przez długi okres miałam problem z pogodzeniem wszystkich spraw i obowiązków.
      Zaraz minie rok odkąd tu jestem, a od kilku miesięcy w miarę się zaadaptowałam. To trwało tak długo, gdyż klimat na parę miesięcy zrujnował mi gospodarkę odpornościową organizmu. Zwykle czuję się wszawo, bo nie dosypiam w tygodniu, lecz wtedy lepiej nie wspominać jak było. Modlę się tylko, by nadchodzące lato nie zrujnowało mi ciała i psychy do reszty.
      Na szczęście mogę chodzić tam, gdzie ziemia bierze w siebie moją brudną energię. Poza tym ja nie szukam bajki w życiu swoim. Bajki są okrutne.

Jak nie będziecie trzymać psów na smyczach, też mogą zdziczeć.
Poczuć zew. Zapolować. Chrońmy swoje psy.
Pełnowartościowe papu wędrowca i mój prywatny widelec arystokratyczny.
Szlachta nie je byle czym!



      Mnogość świtów jakie codziennie obserwowałam zamiast spać, przytłoczyła mnie. Chciałabym bardzo aby w czasie pobytu w Ojczyźnie, nie oglądać ich, żeby zdrowo się budzić gdy już jest widno i normalnie zasypiać, miast tracić co wieczór przytomność do poduszki. Czy zatrzymam się wreszcie, czy dalej będę tak pędzić?





      Tym razem na tę rajzę nie zabieram książek szkolnych, przecież będąc na urlopie w Polsce, ani razu do nich nie zajrzałam. Nie było czasu.
      Permanentne zmęczenie bywa szkodliwe nie tylko na ciało. Pulsuje jak tętnicza krew, angażuje wszystkie mięśnie, staję się spięta, szkodliwa dla otoczenia, zbyt słaba by się bronić, zbyt uparta, by przestać walczyć. Chciałabym móc to zmienić.






      Czytam obecnie George'a Orwella na przemian z kryminałem o dusicielu z Yorkshire. Po którą sięgam, to zależy od stopnia zakażenia umysłu dniem powszednim. Wieczorem już tylko kryminał.
      Orwell był intelektualistą, napisał antyutopię, która ukazuje, że iluzoryczna droga ku powszechności, prowadzi w ciemny, ślepy zaułek. Nie wszyscy będą zadowoleni z tego samego, powszechność i moda są mitem, ale to trudno jeszcze zrozumieć niektórym ludziom. To często mnie dotyczy, niejednokrotnie próbowano zaplanować mi coś bez krzty porozumienia, podług ogółu, "przecież każdy by się na dany pomysł ucieszył", ale mnie akurat cholernie to uwiera.
      Zatem przed kolejnym podobnym zdarzeniem, wolałabym spokojną rozmowę na dany temat i pogodzenie się z ewentualną moją odmową, lub przekonanie mnie nie metodą "na chama", czy innym szantażem, a przekonaniem o dobroci serca i słusznej intencji. Jeśli jednak to za trudne, oto rada: przed wdaniem się ze mną w kłótnię, skonsultuj się z lekarzem, gdyż jedno słowo niewłaściwie sformułowane, może zagrażać Twojemu życiu lub zdrowiu.
      Naprawdę szczerze i z dobroci serca, liczę, że to w bagażu do Polski mi się jednak nie przyda:


      Trasa jest banalnie prosta, nie wymaga specjalnego wyposażenia, czy butów w góry. Przyjemny, jesienny spacer w promieniach łagodnego słońca, podarował sporo energii i pozytywnych zamiarów odnośnie planowanej podróży.


Moi Mili, czy ktoś by mnie mógł uświadomić, co to jest?
Nie jestem mocna z botaniki, a interesuje mnie to.
Trzeba się zacząć szkolić w tej zacnej dziedzinie...



      Pierwotnie, święta miałam spędzić z mężem w domu, jednak wszystko wypadło inaczej, musiałam pozmieniać te plany, kogoś przeprosić, bo byliśmy umówieni i trochę nadal nie jestem przekonana do zamierzonego, ale w gruncie rzeczy może i lepiej, bo zyskałam więcej czasu w Polsce i tym razem może nie będę musiała do Nowego Roku oglądać żadnych świtów więcej.
      Odnajduję pozytywy w każdej sytuacji, ale nie ukrywam, że boję się. Zwyczajnie boję się owoców mojego pozytywnego podejścia, bo brzydkie rozczarowania powodują, iż potem na długo odchodzę w cień, co mi wypomniano już niejednokrotnie. Zwykle nastawiam się źle, tak dla bezpieczeństwa, może jednak spakuję tę kolczugę do walizki XD