wtorek, 29 grudnia 2015

Wspomnieniom, myślom cichym, czyli bajzel fotograficzny / przekrój ostatnich lat.

      Czas przerachować miniony rok. Nie to za mało... Bilans lat to idealne wyzwanie dla mnie. Wszak zmieniłam swój status, adres, dawne sprawy i zajęcia, wszystko jest inne, wszystko jest takie nowe i jeszcze nie poukładane do końca na właściwych sobie miejscach. Jest to etap najlepszy na zakonkludowanie zaszłości. Czy jest coś, czego obecnie żałuję? Co bym zrobiła, gdybym mogła cofnąć czas? Po kolei, po kolei... od czego by tu zacząć, bo na pewno nie od początku! Trzy lata będą wystarczającą reasumą, by sprawdzić, co się zmieniło i odpowiedzieć na powyższe pytania.
____________________________________________________
      2012 rok to był czas opiewający w największe pasje, właściwie moje życie było skupione konkretnie na jeździectwie i wędrowaniu po kraju ojczystym. Szczęście można opisać na wiele sposobów. Jego definicją podług mnie jest możność robienia tego, co uskrzydla na całe lata świetlne.


Stajnia Oleńka w Łodzi.
      Interakcje z ludźmi to podstawa oraz miejsca, które odwiedza się ile tylko dusza potrzebuje - jest to światło dla serca. Wyznaję zasadę, że nie wolno pozwolić na to, by wpaść w mroki zwykłej codzienności. Trzeba żyć pełnią życia, kochać, spełniać się czy to w pasjach czy zawodowo (jedno nie wyklucza drugiego) być szczęśliwym, rozwijać się i pozwalać sobie na szaleństwo. Nie ma czegoś takiego jak "nie wypada". Wypada robić wszystko to, co pozwoli nam na prawdziwy śmiech.

Park w Świerklańcu. Śląsk.
      Co jeszcze należy robić, aby nie zgnuśnieć i nie zaśmierdnąć? Podejmować przeróżne, choćby najdziwniejsze wyzwania. Aby tego dokonać, zalecam wyjść z domu, lecz nie po to by szlajać się po osiedlu jak podejrzany typ! Do tego przede wszystkim trzeba śledzić w mediach aktualności z miasta i okolic. Tak np zajechałam do ZOO w dni otwarte i spojrzałam sępowi w twarz. Przyznam, że to jeszcze dziwniejsze uczucie, niżeli być blisko nieoswojonego wilka.


      Co jeszcze trzeba? Żyć kolorowo. W tych latach byłam najbardziej zwracającym na siebie uwagę, punktem na ulicy. Przysparzało mi to niekiedy kłopotów, nie łatwo się wyróżniać, ale czułam się w tym dobrze, cóż... ja taka jestem, problem polega jednak na tym, że w Szwajcarii byłoby to źle rozumiane... -_-
      Szarawary są najlepszą opcją na gorące lato, do tego idealnie komponowały się z moją pogodą ducha. Eksperymentowałam bardzo dużo z kolorowymi szkłami kontaktowymi, toteż na zdjęciach zobaczycie przeróżne wariacje.
      Stałam się swoim dziełem sztuki, moja śmiałość, pewność siebie, zyskały wtedy na mocy. Stałam się piratem na betonowym morzu, notorycznie łamiącym ustalony porządek. Ponad to nie było takiej smutnej miny, której bym nie zdołała odmienić - dbałam o moich ludzi, dbałam o swój i ich optymizm.
      Korsarz XXI w. zawsze wiedział jak staranować system, by nie dać się pochować za życia.








_____________________________________________________
      Zawsze byłam wierząca, ale 2013 rok to była największa asceza jaką zdarzyło mi się narzucić sobie samej, szczegóły jednak pominę. To był mój rok wiary.
      Wiele wtedy się wydarzyło w moim życiu, pobożność pomogła mi nie poddawać się, nie załamywać, czułam stale, że nie jestem sama. Jeszcze więcej modliłam się, jeszcze częściej spowiadałam się. To był szczególny i dobry czas, który zaowocował potrzebnymi odpowiedziami na zaistniałe wówczas, najeżone trudnościami interpelacje.
      Jestem wdzięczna i czasami odmawiam modlitwę dziękczynną za tamten okres opieki nade mną. Może nie powinnam o tym pisać, bo to zbyt osobiste, ale przecież nie mam się czego wstydzić.

Samodzielna wizyta w Częstochowie. Jeździłam tam w konkretnych intencjach.
Modlitwy były wysłuchane, przekonałam się nie jeden raz.


      Od zawsze udzielałam się kulturowo, lubiłam chodzić do muzeów, a w Łodzi szczególnie sobie upodobałam Pałac Poznańskiego. Piękna architektura, a i również ciekawe wydarzenia związane z rodziną Izraela. Udawało mi się dostawać tam na rozmaite okoliczności. Najlepiej wspominam urodziny pana domu.




To zdjęcie powstało po seansie spirytystycznym, organizowanym przez miasto.
Taka zabawa dla dorosłych ;) w wywoływanie duchów państwa Poznańskich.
Przy tau trzy pętle jak u Franciszkanów, trzy cnoty, których całkiem na poważnie przestrzegałam:


      Oczywiście nie przestawałam nadal szaleć i bawić się życiem. Na zdjęciu ja z tatą w zimowym amoku. :)


      Także mój Olsztyn co roku trzeba było odwiedzić. To tam istnieje źródło mocy o wielkiej wartości. Tam wspomnieniom i myślom cichym, budowałam zamki pamięci. Czerpałam garść najważniejszych słów, by więcej już nie chować się, tylko iść naprzeciw życiu. Tam też oświadczył mi się mąż. :)


      To oczywiście nie jedyne wędrówki. O Warmii i Mazurach pisałam i pokazywałam całe mnóstwo materiału, nadmienię werbalnie, iż jak dotąd co roku bywałam w tamtych regionach i są mi one szczególnie bliskie od szczenięcych lat.
      Okolice Łodzi to również wspaniałe, historyczne miejsca, wśród ruin których, bardzo lubię przebywać. Uniejów, Łęczyca, ich czerwoną cegłę warto ujrzeć choć raz.




________________________________________________
      Rok 2014 to etap wielowymiarowy, który dostarczył mi mnóstwa radości. Np. po dziś dzień zastanawiam się, czy by do tego nie powrócić - dready. Wtedy za bardzo je wyeksploatowałam, podjęłam więc wybór - sport albo włosy (kasku nie mogłam na nie wcisnąć!). Ale uwierzcie mi, to nie prawda, że dreadów w ogóle się nie myje i śmierdzą. Może na emeryturę z siwych sobie zrobię?


      Później włosy zostały u fryzjera, dobra, nie ważne... -_- W tym czasie rozkręciła się moja wschodnia znajomość i zaczęłam ruszać w trasy koncertowe, czasem nawet kilkudniowe. Najęłam się ochoczo jako fotografka i współzałożycielka polskiej strony ich FC.
      Fotoreportaże, masówki, być wszędzie tam, gdzie można stać tylko z ID i polować na najlepszy kadr, zarywać noce dla tych kadrów. To jedna z tych rzeczy, które mogłabym, bardzo chciałabym robić. Podobało mi się to, liznęłam zawodu, o którym nie miałam pojęcia, jako amatorka, stojąca po przyjacielsku w "fosie" nie dla szmalu. Istna przygoda życia, mój prywatny, wielki sukces! Dostawałam pochlebne opinie, przez myśl przeszło mi, że mogłabym... zostać na serio fotoreporterem.
      Spotkałam na swej drodze odpowiednich ludzi, aż sama się dziwię, że zaadoptowali takiego szaleńca ^_^ Ich muzyka jest jedną z moich ulubionych, dlatego nierzadko miast zajmować się fotografowaniem, słuchałam, albo wpadałam w taneczny szał, więc wiela przyjemnego w jednym momencie. To był świetny rok.
      Teraz trochę dziwnie mi się ogląda chłopaków w telewizji, tyle było spotkań, wspólnych tras, różnych przeżyć, emocji i przygód. Nasze drogi się rozeszły, troszkę żal, ale przecież nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Kiedyś na pewno się zobaczymy.
      W Sylwestra grają w Krakowie, Kozak System pnie się na szczeble kariery, mają na koncie kawałki z polskimi gwiazdami, ich miano staje się znane w coraz szerszych kręgach.
      Do tego zjeździłam z nimi kawał Polski i poznałam kompanki, z którymi można konie kraść. Nigdy tego nie zapomnę!

P.S.W krótkich włosach było najwygodniej, też bym rozważała w obliczu kryzysu wewnętrznego taki comeback. Wszelkiego typu zmiany powodują, że odnajdujemy wkrótce remedium na nadmiar szarości. Nawet prozaiczne zmiany typu włosy, choć osobiście zawsze wolałam i skuteczniejsze to było - przemalować sobie pokój albo wsiąść w pociąg i radykalnie zmienić otoczenie, co uskuteczniałam często i szczęśliwie. Właściwie aby zmienić otoczenie, można też kupić roślinkę... O_o

Gdańsk
Giżycko
W "pracy" pod sceną.
      Wiele lat temu wypowiedziałam sobie takie życzenie: "chciałabym aby ktoś mnie stąd zabrał..." Powtarzałam je potem dosyć często, szczególnie w momentach kryzysowych. Mogę powiedzieć, że spełniło się z rozmachem.
       Np. w pierwszą wędrówkę po ziemi obcej zabrano mnie na Marsa, gdzie odkryłam wodę:


      Czy jest coś, czego obecnie żałuję? Co bym zrobiła, gdybym mogła cofnąć czas? Żałuję, że nie jestem w stanie wymyślić sposobu na teleportowanie się z miejsca w miejsce, by móc robić to wszystko, co wcześniej i jednocześnie dzielić dom z moim mężem. Ale odstawmy mrzonki na bok, aktualnie nie mogę powiedzieć złego słowa o sytuacji, która może się w przyszłości na tyle polepszyć, by pomóc mi w dotarciu do sedna sprawy - czy jestem szczęśliwa?
      Przez szczęście, analogicznie rozumiem spokój w sercu. Spokój przenajświętszy. Póki co jestem trochę jakby bardziej nerwowa, trochę jakby mniej kolorowa, trochę jakby delikatnie nie sobą i w strachu, że jeszcze mniej sobą wkrótce będę, a i do tego nadciśnienie doszło. Ale jestem spokojna o męża, że wreszcie trafiłam na porządnego faceta, który za moimi plecami nie obraca panienek jedna po drugiej, ani nie chleje po kątach, ani nie robi czegoś co powinnam zgłosić na policję.
      Minęły lata, nie wiem nic o żadnym z wymienionych pokrótce dysfunktów, choć jeden jeszcze przed rokiem koniecznie chciał się ze mną "tak po przyjacielsku" spotkać, mimo że zrobił bachora innej... Trzeba trzymać takich na dystans, bo to niewątpliwie psychopaci są. A cała reszta wyklaruje się i dopnie miana szczęścia, bowiem po cierniach aż do kwiatu.


      Zmiany mimo wszystkich niedogodności są na lepsze, wszak na inne się nie godzę. A co będzie dalej, pożyjemy, zobaczymy, bo jedno jest pewne, tego co będzie, za cholerę nie przewidzimy, więc próżno próbować się przygotowywać.
      Jak widzicie, moje życie bywa szalenie przewrotne, spełniają się nawet nieoczekiwane rzeczy, które miały pozostać w sferze marzeń. Mam tak od lat, stąd wiem - ja WIEM - że nie ma rzeczy niemożliwych. I absolutnie nie mogę się spodziewać niczego.

Zdj. zrobiłam w miejscu: Pałac Piorunów
      Aby wybrać swoją drogę, najpierw trzeba spróbować wszystkiego. Nie ma w moim całym życiu niczego, czego bym żałowała. Troszeczkę mój brak zahamowań i pewność siebie kierowały mną jak rozpędzonym snowboardzistą, ale na tle tego wypadam bardzo dobrze. Jestem dumna z siebie, z tego jak ułożyłam swoje domino, bo nadal trzyma pion i cieszę się, że mam szalenie ciekawą historię życia, a to wszak jeszcze nie koniec.

Oczywiście fascynacja sprzętami ciężkimi niezmiennie trwa.
________________________________________________________
      Rok 2015, który już mija, to była wielka próba dla mnie i oficjalne zaksięgowanie zmian, już nigdy nie będę panienką. Pozostaje mi tylko wszcząć przygotowania do statusu rozwódki albo wdowy. Ewentualnie zmarłej. Pożyjemy, zobaczymy.
      Ów rok cechuje między innymi rozpoczęcie szkoły niemieckojęzycznej w obcym państwie. Tego się nie spodziewałam... Nie po to kończyłam szkołę, żeby się jeszcze dawać przykuć do szkolnego biurka i znowu ślęczeć w książkach i marnować czas na wykładach! W studium miałam problem żeby wysiedzieć na lekcjach nie marząc o samobójstwie, ale powiem Wam otwarcie - to zupełnie co innego.
      Dobry kurs to taki, za który każą płacić, bo tylko to będzie w stanie zmusić do dbania o porządną frekwencję. Szkołę policealną wypróbowałam i ostatecznie nie polecam. Jest za darmo, w weekendy, więc każdemu szybko zapał mija i zgadza się na wszystkie zmiany w grafiku pracy, by mieć wymówkę.
      A teraz chodzę i jestem zadowolona, pomimo tego, że przez całe zajęcia muszę trzymać powieki rękami, a następnego dnia w pracy, to nawet nie pytajcie co ja muszę robić... Ale jak chcę umieć, to muszę chodzić, bo nie chcę kaleczyć ich mowy jak większość emigrantów. Poza tym ja uczę się z praktyki tylko i wyłącznie, w domu to ja się co najwyżej słówek mogę pouczyć. W końcu nie robię tego dla pustej przyjemności, gdyż lada dzień przyjdzie mi walczyć z szefem - Szwajcarem i wtedy zobaczymy czy dalej będę taka zadowolona z postępów na kursie. Gorzej, jak kurs się skończy, a pracy dalej nie będzie. Bo jak zostanę w tym zawodzie co jestem... zbliżam się już do naprawdę cienkiej granicy...
      To jest największy problem, ten etap w tygodniu kiedy cholernie ciężko nadążyć z obowiązkami, na szczęście mąż też potrafi obiad ugotować.
      W tych konkretnych dniach zauważam u siebie symptomy odchodzenia od zdrowych zmysłów. Boję się, że tylko dni, a może godziny dzielą mnie wówczas od popadnięcia a marazm, apatię, albo depresję.
      Teraz patrzę na to wszystko zupełnie trzeźwo, wszak siedzę sobie wypoczęta przy biurku, które jeszcze pamięta zapach mojego elementarza z Zerówki i sobie tak analizuję krok po kroku biorąc wcześniej trzyletni rozpęd.
      Po calutkim roku beznadziejnego bezrobocia - no bo dorabiam, a nie zarabiam - zawiedzionych spodziewań, zabójczo gorącym lecie, kilku zjedzonych tabliczkach czekolady, po świętach bez śniegu, i milionach wkurwów utopionych w litrach kawy, ewoluuję (gdyż wszystko musi z czasem ewoluować aby dostosować się do nowych warunków) i od dziś będę jak ta lala - jak dawniej, jak kiedyś: sceptyczno-pozytywno-zabawno-wojowniczo-kolorowa, "Wilczyca na szlaku" (kiedyś tak się nazywałam). PIEPRZYĆ SYSTEM!! Wtedy było mi dobrze, chcę jeszcze!
      I tak padło po raz pierwszy od początku tej notatki - postanowienie noworoczne.


     Tak, jestem szczęśliwa. A że czasem patrzy mi wilkiem z oczu, to nic. Przeobrazić to w uśmiech nie jest trudno. Mam kogoś kto to potrafi.

sobota, 26 grudnia 2015

Hexe na święta.

      O moim podejściu do świąt pisałam już w zeszłym roku, na innej stronie, zatem oryginalnie przejdę od razu do ciekawostek na temat państwa, w którym przyszło mi zapuścić korzonek, a później... o czymś z tej świątecznej okazji przypomnę.
      Szwajcarzy rozpoczynają bożonarodzeniowe przyozdabianie już w listopadzie, a markety nawet pod koniec października. Zdecydowana większość dekoruje domy i ogrody, także okna i balkony w blokach. Spacer oświetlonymi uliczkami staje się wtedy naprawdę urokliwy. Trochę to przypomina osiedla z amerykańskich filmów.
      Oto jak obecnie wygląda moja szwajcarska wioska:




      Tego jest znacznie więcej, wybrałam te, bo najlepiej mi wyszło zdjęcie ;)

      Pojawiają się Weihnachtsmarkt [jarmarki tradycyjne], pachnące serem raclette, grzańcem i wszechobecnymi, pieczonymi kasztanami.
      Szwajcarzy mają taką tradycję, że w wigilijne południe zbierają się na takim jarmarku, żeby wypić Glühwein [grzane wino] przegryzając kiełbasą z grilla w towarzystwie przyjaciół i znajomych. Kto by w Polsce pomyślał, żeby w Wigilię wcinać kiełbachę i popijać ją alkoholem ;) 

      A co u Szwajcarów dzieje się w domach?
      W Heiliger Abend [wigilia], pojawia się wieniec adwentowy, zwykle zawieszony na drzwiach. Na szwajcarskim stole nie ma dwunastu potraw ale jest wystawniej, gdyż króluje w menu mięso, a do kolacji podawane jest wino.
      Oto przykładowa kolacja, którą skopiowałam od pewnej blogującej Polki, świętującej w szwajcarskiej rodzinie: roszponka z jajkiem i sosem na początek, później strogonoff z risotto i lampeczką wina.
      Szwajcarzy nie mają konkretnej potrawy związanej z Bożym Narodzeniem. Gotuje się to na co ma się ochotę.
      Właśnie doszły mnie słuchy, że w Szwecji oraz w Czechach (info z pierwszej ręki) jest identycznie. Dlaczego tylko niektórym narodom nakazano świętować tak restrykcyjnie?

      Niby 40% w Szwajcarii to katolicy, ale Święta to dla ogromnej większości z nich po prostu czas dla bliskich czy dla siebie. Dlatego nie uświadczy się opłatka czy sianka, za to na pewno panuje podniosła atmosfera. Po kolacji przychodzi pora na prezenty dla dzieci od Świętego Mikołaja. Po kolacji nie ma pasterki. Choinki w Szwajcarii szybko znikają z mieszkań - już przed Sylwestrem.
      Święta są w całości czasem odpoczynku i zwolnienia po pędzącym roku. Na parcelach mieszkalnych błyszczy i jakoś nie przyjął się zwyczaj, żeby wcześniej zaharowywać się na śmierć.
      Duża grupa Szwajcarów traktuje ten czas jako dodatkowy urlop i leci na Karaiby bądź wybiera się w wysokie góry gdzie często zostaje już do Sylwestra.

"Każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy,"
~ Stefan Żeromski
________________________

      Dom przywitał mnie jak zwykle przegrzanym i przesuszonym powietrzem przez centralne ogrzewanie. Są i plusy, wreszcie mogę pozwolić sobie na popołudniową kawkę :) toteż korzystam póki jestem w nizinach. I cera mi się zaczyna już poprawiać, znów będę miała skórę jak pupcia niemowlęcia XD
      25 grudnia była tzw. Pełnia Zimnego Księżyca. Ostatnia taka w tym terminie była w 77', następna za dziewiętnaście lat. Ale... noc jak co noc.
      A w Sylwestra, moi znajomi zagrają w Krakowie, coraz częściej mogę ich zobaczyć w TV, jestem dumna z chłopaków :) Ech... kiedy my się w końcu zobaczymy... Normalnie tęsknię.
      W radio mówili, że głaskanie kota obniża poziom stresu, ciśnienie, a nawet cholesterol, w takim razie można by rzec, że mam sanatorium.


      Na polskich ulicach czekało mnie mocne zderzenie ze znajomą rzeczywistością, mianowicie gdy szłam ulicą sama, za mną lazło dwóch palantów krzycząc w moją stronę. Generalnie obrabiali mi tyłek za plecami... konkretnie tyłek, bo o mój tyłek im chodziło.
      W pierwszą noc zasypiałam przy skandowaniu okolicznych pseudokibiców, balowali na osiedlu drąc mordy wniebogłosy.
      Miałam iść na wieczorny spacer z aparatem, ale nadal nie złapali szajki, która pobiła już kilku fotoreporterów, by ukraść im sprzęt, więc wolę nie ryzykować, bo jeszcze bym ich zabiła i trafiła za kratki jak za ludzi...
      Dlatego wykorzystam zdjęcia jakie znalazłam w internecie, a bardzo chcę Wam pokazać jak przyozdobili moje rodzinne miasto Łódź:







      Chciałam jeszcze w miarę zwięźle przypomnieć o mojej postawie względem tych czerwonych cyferek w kalendarzu. Nigdy nie tęskniłam za świątecznym obrazem rodziny niczym z Klanu. Motyw świąt ogólnie kojarzył się dobrze z uwagi na to, iż byłam przykładną Katoliczką, ale sam wymiar poczucia rodzinności... Nigdy nie było Rysia Lubicza, który by wlał we mnie tą familijność. Dlatego podchodzę do tego czasu zdecydowanie pasywnie. Chorobliwie nie znoszę jak coś trzeba i coś muszę. Jeszcze bardziej nie lubię tego co wypada. A najbardziej jak cała uwaga rodziny jest w zasadzie skupiona na najmłodszym, które notabene, często nie jest zainteresowane tą uwagą.
      Inna sprawa, że wnerw jest dodatkowo potęgowany zależną teorią ciała, którą udowodniono naukowo. Organizm uzależnia się od endorfin. Można je uzyskać na różny sposób, ale od formy pozyskiwania uzależnia się również. Teraz mam jej zdecydowany niedobór, co odczynia dość piekielny związek chemiczny wywołujący MEGA WKURW, co aktualnie przeżywam. Wszystko jest brzydkie, nie takie i złe. Boże, ześlij mi trening, nim osiedle, które obecnie zamieszkuję, spotka klęska.
   Wrócę jednak do tematu...
      ...przyznaję, że od kiedy nie udzielam się w Kościele, dbam o święta jak pies o piątą nogę. I tutaj wspomogę się kilkoma słowami pani Czubaszek, przywołuję je drugi rok z rzędu, ale trafiła po prostu w sedno." Szczerze mówiąc, całe to świąteczne zamieszanie wcale mnie nie obchodzi. Myślę, że jest wiele takich osób jak ja, tylko boją się do tego przyznać. Rodzina i znajomi wywierają przecież presję. Jak to tak, nie śpiewać kolęd, nie robić 12 dań, nie cieszyć się tą wyjątkową atmosferą? Kojarzyły mi się z tym, że do domu przychodziła jakaś daleka rodzina, której wcale nie znałam. Nie ciągnęło mnie do tych rodzinnych spędów, bo gdyby ludzie naprawdę odczuwali potrzebę, żeby się spotkać, nie musieliby czekać przecież na Gwiazdkę."
      Ja nie rozumiem nawet samej idei świąt. Dla mnie Boże Narodzenie, jako święto katolickie - to teraz jakaś abstrakcja bez definicji.
      I co roku w sercu gra mi ten piękny, świąteczny utwór...


      To wszystko nie znaczy, że świąt w moim domu nie ma. Obchodzi się, a jakże! I opłatek nawet jest, no kto by pomyślał, że wiedźma w swej ręce święcony opłatek trzymać będzie. [mroczny chichot]
      Zastawiliśmy stół, ja ubrałam choinkę, każdy ułożył prezenty pod drzewkiem Nimroda O_o mieniącego się złotem i czerwienią. Złożyliśmy sobie życzenia, podzieliliśmy się opłatkiem, a treść konsumpcyjna była zniewalająca. Tato kucharz w końcu!


      Nie byłam na pasterce. "Wierzę, że człowiek, który nigdy nie był w kościele, a jest dobrym człowiekiem, też może zostać zbawiony." OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! A co mówi Kościół? Że tylko praktykujący gorliwie Katolicy są godni zbawienia. Strasznie to nadymane...
      Nie bywam na mszach św., nie czuję się ani gorsza, ani brudna, demon też we mnie nie wstąpił.
       "Katolicy nie interesują się swoją religią i nie czytają Pisma Świętego, nie wiedzą wystarczająco na temat swojej wiary." To mi bardzo często nie pozwala podjąć dyskusji na poziomie.
       Święta nadal trwają. Niech im sprzyja pokojowa atmosfera i z powyższych względów, życzę aby przy rodzinnym stole nikomu nie przyszło do głowy rozpoczynać tematów Chrześcijaństwa, polityki ani tego, co aktualnie leci w tradycyjnie włączonym telewizorze.

A na ten nadchodzący 2016 rok:

Trzeba pamiętać o rodzinie, ale nie należy zapominać o przyjaciołach ;)

środa, 23 grudnia 2015

Röhlingen - Deutschland. Miasto dobrych duchów.

      Dawanie to piękny zwyczaj. Przyznaję, że prędzej sobie czegoś odmówię, niżeli bym miała zrezygnować z przyjemności podarowania komuś choćby drobiazgu. Gest? Hojność? To chyba miana bogaczy: hojny wspierałby finansowo jakieś fundacje, a gest to za butne słowo. Lubię dawać od siebie wiele. Prezenty? Oj taaaak... Ale najbardziej obecność - zależy mi na tym. Obecnie jednak rzadko jest to możliwe.
      Zdarzyło się tak, że niemal nasza Obecność przy bliskich zawisła na włosku. Zdobyliśmy nowe doświadczenie, czyli jak przetrwać, utknąwszy w obcym kraju, kiedy serce naszego wierzchowca rzekło: jetzt das Ende. [to już koniec]. I tak trafiłam do stajni, gdzie Reitpferdów [spolszczone słowo "wierzchowiec"], tych prawdziwych, jest do wyboru do koloru. Ale zanim tam znaleźliśmy swój tymczasowy schron...


      ...wyjechaliśmy z Doliny Mgieł pod osłoną mroku, żegnając na jakiś czas jej uroki i romantyzm. Po źle przespanej nocy, wzbogaconej o realistyczny sen, który stawił mnie przed bardzo dziwnym wyborem, miałam jakiś taki... niepokój wewnętrzny. Tyle nieładnych życzeń ostatnio padło, a doświadczyłam przecież nie raz i nie dwa spełnionej złośliwie chimery.



      Tuż za granicą niemiecką ujrzeliśmy słońce. Nie przypuszczałam, że tu nadal taka piękna jesień. Może to urok, może to zwykły przypadek, ale na pewno los mimo wszystko nam sprzyjał. A było tak...



      ...Wierzchowiec padł na głównym trakcie. Podejrzewaliśmy kolkę. Słupek S.O.S. był niedaleko, a tam na linii Polka. Pomocną dłoń podał nam również Polak pracujący w niemieckiej firmie drogowej. Wierzchowca zawiózł do doktora, a nas do hotelu, wszak niedziela, doktor w domu - lecznica nieczynna.
      A hotel... był zamknięty. Zostaliśmy sami w szczerym polu. Można by ręce załamać... Zawsze jednak miałam szczęście do ludzi, całe swoje życie z "jednorazowymi przyjaciółmi" gdzieś na szlaku, którzy zjawiali się niczym amerykański mściciel, kiedy już myślisz, że zaraz zginiesz.
      I pojawili się na małym, (notabene - sprowadzanym z Polski) koniku, mili Niemcy. Starsza, siwowłosa para prawdziwych hipisów! Dziadek w białych długich włosach, pacyfka na szyi, a babeczka przesympatyczna, miałam okazję popróbować się z nią w niemieckim.
      Zbieg okoliczność, albo Anioł Stróż nas z nimi spotkał. Babeczka pracowała 26 lat w hotelu w mieście niedaleko. Zadzwoniła do szefowej i zapowiedziała nasze przybycie, po czym zawieźli nas osobiście z bagażami na dwa razy (mówiłam, że mały konik) i jak tu nie wierzyć w ludzi?

      Piszę o tym, ponieważ bardzo chciałam opowiedzieć Wam o spotkaniach, o tym, że los powolnie toczy się pomyślnym kołem, tyle że raz na wozie, raz pod wozem. Żyjemy, a to najważniejsze, bo drogowe przypadki przecież kończą się bardzo różnie.



      Sympatyczne i przytulne miejsce powyżej ze zdjęć, to Hotel Konle posiadający również hotel dla koni, krytą ujeżdżalnię i teren do trenowania skoków. Możliwe kolonie w siodle, ośrodek posiada własne wierzchowce, saunę i masażystę.
      Jeżeli kiedykolwiek myśleliście o spędzeniu wczasów za granicą, w połączeniu z rekreacyjną dawką końskiej przygody, ten zupełny przypadek sprawił, iż mam okazję polecić Wam właśnie to miejsce.

Röhlingen, Deutschland
      Mieścina jest niewielka, nie ma w sumie żadnych więcej atrakcji. Jedynie stary kościół, który góruje nad Röhlingen. Nie omieszkałam go odwiedzić.





      Przez miasteczko przepływa rzeczka, a wokół nie ma żadnych gór, dzięki czemu mogliśmy podziwiać pełny zachód słońca. Także i wschód. Co w tym dziwnego? Ano jest to miła odmiana dla osób, które od roku widują wschód słońca koło południa. ;]


      Sytuacja męcząca, nerwowa, w dodatku po perypetiach cały bagaż został zalany tonikiem siarkowym. Szczoteczka do zębów też była w domu rodzinnym... no comment. A wierzchowiec, jak się okazało, miał zawał, wyjdzie z tego, obecnie czeka na przeszczep serca.

      Weszłam w okres świąteczny, na szczęście już w bezpiecznych, rodzinnych pieleszach. Wszędzie dobrze, ale w ojczyźnie to jednak U SIEBIE. Może dlatego niemiecki koń postanowił popsuć się w Niemczech? Wyzionął ducha na swej ziemi ojczystej.
      Pomyślałam sobie, że dobry duch jednak się mnie jeszcze nie wyparł. Mimo, iż nie dbam już tak bardzo o jego świat, przyszedł, ostrzegł, zadbał o odpowiednie zbiegi okoliczności i teraz pewnie stoi na parapecie, bezcielesny, niewidzialny i oplótłszy się skrzydłami zerka mi na ekran ukradkiem ;) Zatem pozdrawiam Ciebie!

      I jeszcze słówko o dobrych ludziach, gospodarze z Witlandu, u których byliśmy w Miodowej Podróży, (prezentowałam miejsce TUTAJ) przysłali nam kartkę z życzeniami. Ogromne zaskoczenie, pamiętają o swoich klientach :)

      Zawiesiłam broń. Wszak kolczuga i tak przecież w praniu ;P A na horyzoncie świeci słońce, czerwona linia brzegowa, PŁASKA LINIA BRZEGOWA!
      W chwili obecnej wszędzie pokój i spokój, nie czuję piętna pośpiechu, nigdzie nie muszę lecieć na zbity ryj... ulga. O jak dobrze. Odstawiam elementy ostre na bok, co by sobie krzywdy nie zrobić niepełnosprytnymi manewrami.
      Słońce już znudziło się byciem ładnym, teraz wlazło gdzieś pomiędzy chmury, równie leniwe i niespieszne. Witaj Ziemio Ojczysta. Ale dziś nie jest dobry dzień, aby umierać. Przede wszystkim czas kontynuować pranie.